Powrót na Filipiny. Witamy ponownie, czyli tytułem wstępu do ciągu dalszego

To co było zaplanowane do zrobienia w Polsce udało się szczęśliwie przez te parę miesięcy wykonać, niektóre sprawy zamknąć dosłownie na ostatnią chwilę (oprócz wysłania książki wylicytowanej przez typa na allegro jakiś miesiąc temu, teraz się odzywa po raz pierwszy i w odpowiedzi  na uprzejme tłumaczenie straszy negatywem, kwota sprzedaży 1zł+przesyłka, kuref).

Pożegnaliśmy się z rodziną, miastem, przyjaciółmi i znajomymi i Filipiny stały się faktem. Linie Qatar Airways na moje są przereklamowane, przepłacać nie warto (bilety były w promocji, więc w sumie na jedno wyszło), usługa nie różni się od oferowanych przez innych operatorów, ot linie, jak linie.

W podróży spędziliśmy lekko licząc ze 36 godzin, przyjemność to była średnia, zasadniczo nie uważam samego procesu przemieszczania się za szczególnie interesujący i z obciachem przyznaję, że coraz bardziej nie przepadam za transportem lotniczym, zwłaszcza przeciążeniami przed ladowaniem, gdzie człowiek czuje jakby samolot wytracał prędkość tak szybko, że za chwilę straci nośność. Przed lądowaniem w Doha aż się normalnie spociłem, tłumaczę sobie, że to wskutek gwałtownego wzrostu temperatury w przedziale pasażerskim. Chyba trzeba będzie zacząć pić w tych samolotach, bo jest coraz gorzej, zwłaszcza po tym epizodzie z kwietniowego powrotu do Polski, kiedy samolot ze Stansted nie mógł wzbić się ponad chmury, trząsł się nienaturalnie, a po dziesięciu minutach załoga poinformowała, że wracamy na lotnisko i nakazała nie panikować. No jak nie panikować? JAK?

Wyspa Bantayan przywitała nas gorącą i parną pogodą oraz dokładnie tymi samymi, nieco nieufnymi spojrzeniami lokalesów. Chociaż może nam się w sumie tylko wydawało, bo byliśmy dosyć zmęczeni dwudniową prawie podróżą, podczas której snu było niewiele. Wioska i nasi gospodarze przyjęli nas ciepło, coś tam łyknęliśmy na przywitanie, zamieniliśmy parę słów, ale już około chyba dziewiętnastej uderzyliśmy w kimono, nawet mi się już tego dnia nie chciało kombinować motorka, rzeczy tu obowiązkowej, bo inaczej ma się spory problem z komunikacją i transportem. Jest coś takiego, co się po angielsku nazywa jet lag, czyli dolegliwości spowodowane zmianą strefy czasowej i chyba po raz pierwszy w życiu nas to dotknęło, bo przez pierwsze kilka dni chodziliśmy spać, budziliśmy się, markotnieliśmy z niewyspania lub tryskaliśmy ekscytacją o bardzo różnych, niezwiązanych z rytmem dobowym porach.

Grocha i DenDen widzieliśmy po raz ostatni całkiem niedawno, bo podczas ich ślubu i wesela w Warszawie, na marginesie była wtedy mocna impreza, ale to osobny temat, nie na to miejsce. Mam osobiście wrażenie, że Grochu nieco się przez te miesiące zmienił i trochę inaczej do, ogólnie mówiąc, świata podchodzi (jesteśmy tu jednak zaledwie parę dni, zatem naturalnie może to być wrażenie złudne, oby nie). DenDen bez zmian, ciepła, i uśmiechnięta, ale zarazem bezpośrednia, ogólnie się nie pitoli (nas, mam wrażenie, na szczęście lubi).

W każdym razie wspomnę, że szykuje nam się tu poważny projekt, mianowicie budowa dwóch domków dla letników, kawałek za działką gospodarzy. Myślę, że będzie to ciekawe doświadczenie, również pod kątem edukacyjnym, bo jeszcze nigdy w poważnej budowie nie brałem udziału. Właściwie w zasadzie brałem, ale moja rola ograniczała się do kucia młotem pneumatycznym (było to w 1999 roku, ogólnie jestem raczej szczupły, a wówczas jeszcze szczuplejszy, więc do takiej roboty raczej nie stworzony) oraz mieszania zaprawy betonowej łopatą w wielkiej stalowej wannie (również mało ambitne, acz wyczerpujące fizycznie zajęcie).

Tym razem mam zamiar przyjrzeć się procesowi budowy od początku, gdzie się da przyłożyć rękę, podejrzeć zakładanie instalacji itp, bo chociaż budownictwo filipińskie jednak mocno różni się od europejskiego, to jestem pewny, że będzie się można wiele nauczyć. Już zresztą pierwszego dnia robiliśmy akcję instalacji i uruchamiania pompy przytarganej specjalnie z Polski, bo zaskoczyła nas awaryjna sytuacja polegająca na wybiciu szamba. Mimo braku paru narzędzi i odpowiedniego węża, daliśmy radę zażegnać niebezpieczeństwo pozostania na noc bez kibla, nawet zbytnio się nie brudząc, choć uczciwie przyznam, że zajęcia obciążone największym ryzykiem bycia opryskanym kupą pozostawiałem taktycznie gospodarzowi. Takie udane przedsięwzięcia dostarczają nieodmiennie ogromnych dawek satysfakcji.

Pierwsze przytomniejsze kroki skierowaliśmy na największy targ rybny na wyspie, znajdujący się w miejscowości Bantayan, takiej chyba tutejszej nieformalnej stolicy. Lubimy z Monią duże ryby, takie z których po sprawieniu można wyciąć ładne, dorodne filety, więc gdy napatoczyło się Mahi Mahi (tutaj nazywane Dorado, po naszemu Koryfeną, ale zasadniczo jeden pies, znaczy ta sama ryba), o której czytałem już wcześniej wiele pochlebnych opinii na blogach, zwłaszcza z rejonu Karaibow, to decyzja była szybka. Chłopaki oskrobali ją tylko i wyczyścili wnętrzności, bo Monia postanowiła ambitne zadanie filetowania wziąć na siebie z przyjemnością.

Wyszły z tego dwa zgrabne filety, z których jeden podzieliła na dwa steki, przygotowane z salsą z mango i ryżem, a drugi, pokrojony w dość grubą kostkę trafił do tradycyjnego peruwiańskego dania zwanego ceviche (sewicze). Wyszło to wszystko bardzo smacznie, osobiście uwielbiam ceviche. Odkąd poznaliśmy to danie w Londynie zaintrygowani programem Jamiego Olivera jesteśmy ogromnymi fanami. Monia sporo z nim eksperymentuje, tym razem (już po raz drugi) jako istotnego składnika użyła mleczka kokosowego i wiórków, bo te dodatki wspaniale przełamują kwaśność pomarańczy i limonek. Mleczko kokosowe zamawia się u miejscowych, którzy przynoszą towar o konsystencji pulpy, z której to mleczko należy samodzielnie później wycisnąć. Danie jest naprawdę warte polecenia, zainteresowanym polecam przepisy w sieci, chociażby w zakładce Kulinaria powyżej.

Witamy ponownie wszystkich, którym podoba się nasza pisanina. Postaramy się wrzucać co nieco na bieżąco.

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

2 myśli nt. „Powrót na Filipiny. Witamy ponownie, czyli tytułem wstępu do ciągu dalszego”

    1. jak za bantayanem, to droge znacie, nie?

      a jak, ze sobie pozwole tak nieskromnie zalozyc, za nami, to my tez, ale i tak dobrze, ze sobie mozemy choc w ten sposob pogadac. taki fiedler to dopiero mial przerabane. pozdro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *