Marikaban, Bantayan, Filipiny – Urodziny Manoya*

Parę dni temu ustawiliśmy się wstępnie na grilla u Pauli i Wojtka w Santa Fe, ostatnio nam tam ryba u nich na takim Wojtkowej produkcji ceglanym grillu w ogródku zajebiście wyszła, wiec byliśmy podekscytowani na poprawkę, ale potem nam się przypomniało, że DenDen wcześniej zarzuciła interesującego newsa, że akurat przypadają urodziny jej brata we wsi, podobno 25-te, ale sama nie była pewna.

Wiecie, ona ma tak ze dwanaścioro rodzeństwa, jak nie lepiej, weź te wszystkie daty urodzenia człowieku spamiętaj. Dla nas ciągle problem stanowi zapamiętanie imion i później odpowiednie przypisanie ich do właściwych lasek, zwłaszcza, że szczególnie siostry są bardzo podobne jedna do drugiej (tylko DenDen w sumie nieco inaczej od nich wygląda), ale idzie nam coraz lepiej.

Manoy, czyli ten brat-jubilat, to jest dobry typ. Monia w ogóle lubi Azjatów, zwłaszcza hardych i niepokornych, a ten jest z tego rodzaju. Raz jeden z chłopaków ze wsi nas niby szukał i bez pytania wszedł do domu, Grochu się nieco wzburzył, a Manoy jak się dowiedział, to od razu bez pytania walił w pysk ;-), ale potem się chłopaki pogodzili po uprzednim wyjaśnieniu sytuacji.

Manoy to jednocześnie wnuczek głowy jednego z takich lokalnych wioskowych klanów, mianowicie pani Luli, nestorki rodziny. Naprawdę ma na imię Bibon, z czego wynika czasem sympatyczne zakłopotanie, bo nam się miesza Manoy i Bibon, z tego pomieszania wychodzi słowo ‚baboy’, co w lokalnym dialekcie oznacza ‚świniak’, ale zainteresowany się po pierwsze nie złości, a po drugie pomyłka zdarza się coraz rzadziej. A dziś się dowiedzieliśmy, że chłopak na oficjalne imię w papierach ma Vincent III hehehhe Vincent 3 no beka, od jutra w ogóle inaczej się do niego nie zwracamy niż per Vincent III. Na Filipinach ludzie bardzo często zwracają się do siebie po ksywie i nawet na plakatach wyborczych widnieje imię, nazwisko i potem ksywa kandydata w cudzysłowiu.  DenDen też na wyspie znana jest większości z takiego przydomka właśnie, mówi, że po imieniu mało kto ją kojarzy. Samo słowo Manoy zasadniczo oznacza chyba brata, ale tu w Purok 4 w Marikabanie Manoy to jest ten nasz Manoy od babci Luli, nie tylko dla rodziny, ale również okolicznych ziomków.

Chata babci Luli (niedaleko, czyli jakieś pięć metrów dalej mieszkają rodzice DenDen) stoi w samym centrum terytorium klanu. Żeby dojechać do naszych gospodarzy, trzeba kluczyć tam taką wąska ścieżką miedzy chałupami rodzinnymi, więc czasem pytamy, czy oni się nie wściekają jak im tak non stop jeździmy motorkiem slalomem między domami, bo po pierwsze hałas, a po drugie małe dzieciaczki tam biegają non stop (oczywiście bardzo na nie uważam). DenDen za każdym razem zapewnia, ze spoko i że mamy się nie przejmować, więc jeździmy dalej.

Vincent pracuje obecnie na budowie, aktualnie ma ‚umowę o dzieło’ na wykopanie szamba. Pisałem wcześniej o filipińskich cmentarzach – zwłok nie grzebie się w ziemi, bo strasznie trudno się w tej koralowej skale kuje, trumny umieszcza się więc w betonowych takich sarkofagach na powierzchni, zbliża się Wszystkich Świętych i Święto Zmarłych i jak zostaniemy zaproszeni przez rodzinę, to chętnie weźmiemy udział w uroczystości, która tu polega na towarzyskim spotkaniu przy grobie, połączonym z konsumpcja napojów oraz przygotowywanych na miejscu na grillu przekąsek, pewnie coś wtedy napiszę i Monia wtedy wrzuci fotki.

Ale wracając do szamba, to aż mi momentami żal chłopaka, bo morduje się już z drugi tydzień przy użyciu prostych narzędzi (młotek i brecha, masakra tak przez miesiąc, albo dwa dzień w dzień napierdalać po 8 godzin brechą w skałę) i tak może wykuł dół 2×2 metry do głębokości z pół metra na oko, sporo jeszcze przed nim ciężkiej pracy. Ale chłopaki zasadniczo się mega cieszą i rządzą, bo są przy kasie (praca na Filipinach, zwłaszcza na wsi to ciężki temat, a w Marikabanie mają teraz przy domkach stały dochód). Co sobotę jest wypłata, a co za tym idzie impreza, nawet ostatnio Manoy łyknął chyba trochę za dużo, bo znalazłem go przed furtką w stanie małej używalności, ale spoko, zaprowadziłem do chaty, znaczy nie do samej chaty, bo tak z 5 metrów przed przejęli go mama z tatą, trochę mi było głupio, ale z drugiej strony wiedzieli, ze nie imprezował z nami, tylko z kumplami po wypłacie na budowie, więc luz, nie było pretensji. Taki jest przecież urok młodości i prawo młodzieży w najróżniejszych zakątkach świata.

Wracając na zakończenie do urodzin, to niestety gdy podbiliśmy na miejscówkę, tak koło 18-tej, zatem było już ciemno (bo dzień trwa ze 12 godzin, mniej więcej od 6-tej do 18-tej), Vincent III był już niestety podmęczony ponad swoje siły. Przyczyną takiego stanu rzeczy była okoliczność, że chłopaki walczyli całą poprzednią noc i cały dzień, bez spania, wiec w sumie zrozumiałe – jubilat spał na ławce jak dziecko (mimo tych dwudziestu paru lat, wygląda jak nastolatek). Mama nakryła go tylko koszulką, bo według lokalnego przesądu, śpiąc w nocy na dworze bez ubrania naraża się człowiek na atak złych duchów.

Popularny sposób picia alkoholu (Tagay) w towarzystwie polega na tym, że zlewa się wszystko, czym gospodarze i goście dysponują do jednego dużego dzbanka, zalewa jakimś rozcieńczaczem, na przykład colą, albo spritem, albo najlepiej wszystkim naraz, bierze się do tego jedną szklankę, nalewa sobie, wypija, po czym podaje ten dzbanek ze szklanką towarzyszowi siedzącemu obok. I tak ten zestaw krąży wokół stołu (uwaga: nie wolno kisić szklanki za długo, po to powoduje zniecierpliwienie współbiesiadników). Z grzeczności zwykle przyjmujemy jedną kolejkę, żeby chłopaków nie urazić, później jednak korzystamy z własnych naczyń.

Posiedzieliśmy ze dwie godzinki, może nieco dłużej z rodziną i z gośćmi, którzy się jeszcze dobrze trzymali, a potem uderzyliśmy do domu urzędującego sołtysa, który obecnie ubiega się o reelekcję na taki przedwyborczy wieczór, wrócę do tej historii, bo to temat na osobny wpis. Stay tuned.

* Ten nie opublikowany wcześniej wpis powstał  przed nadejściem tajfunu Haiyan aka Yolanda, który spustoszył Filipiny dnia 08/11/2013. Zastanawiałem się, co z takimi gotowymi postami zrobić. Doszedłem do wniosku, ze się tutaj pojawią z odpowiednią adnotacją, jako testament zajebistości Bantayanu, wsi Marikaban i mieszkańców wyspy sprzed tragedii oraz jako wyraz głębokiej wiary w poddźwignięcie i odrodzenie tego jednego z najurokliwszych zakątków planety.

  

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *