Demokracja i wybory na Filipinach. Barangay Captain Election, czyli wybory sołtysa w Marikabanie

Dziś był ten wyczekiwany dzień lokalnych wyborów samorządowych, o przygotowaniach do których pisałem w poście o kampanii wyborczej. W kierunku lokalu uderzyliśmy z Monią, DenDen i jej starszą córeczką Angel około południa, a na placu przed budynkiem zastaliśmy kolejkę po karty do głosowania na, jak się potem okazało, dwie godziny czekania. Frekwencja wyborcza jest tu (a przynajmniej była tym razem) bardzo wysoka, wynosi pewnie z 90% jak nie wiecej. Osobiście nie znam ani jednej osoby z wioski, która tego dnia nie skorzystałaby ze swoich praw w tym zakresie.
Zapewne po częsci dlatego, że to dzień wolny od pracy (choć poniedziałek) i czymś się trzeba zając, po drugie zawsze jest to jakieś wydarzenie, również towarzyskie, bo wokół lokalu siedzą normalnie ludzie, jedzą, piją i plotkują, a po trzecie i chyba najważniejsze, w trakcie kampanii kandydaci organizują wiece i spotkania, na których obdarowują wyborców żywnością, częstują napojami i przekąskami itp, więc podejrzewam, że ludzie czują jakiś dług wdzięczności i głosuja z przyzwoitości i wewnętrznej potrzeby bycia fair. A może po prostu mają wielką wiarę w demokrację i czują tego dnia, że i od nich coś bezpośrednio zależy.
Głosowanie, podobnie jak w Polsce, odbywa się w szkole podstawowej w centralnej częsci Marikabanu, zwanej Marikaban Proper (my mieszkamy w Marikaban Tingtingon, na obrzeżach, pieszo by się szło może z 5 minut, ale takie dystanse to już się pokonuje motorkiem). Po dziedzińcu  i salach głosowania kręcą się obserwatorzy (watchers) mianowani przez poszczególnych kandydatów, ze specjalnie przygotowanymi identyfikatorami. Już po samych tych identyfikatorach można poznać, który z kandydatów zaangażował się w kampanie bardziej, również w aspekcie finansowym.
Przy odbiorze karty do głosowania dowodu osobistego mieć nie trzeba, nic z tych rzeczy, więc byliśmy raczej z Monią zdziwieni. DenDen zdziwiło nasze zdziwienie i wyjaśniła, że wszyscy się przecież znają, więc nie ma co zawracać sobie głowy zbędnymi formalnościami. Po odebraniu karty zasiada się w klasowych ławkach i zamiast, jak u nas, stawiać krzyżyk w odpowiedniej kratce, wpisuje się imię i nazwisko wybranego kandydata w odpowiednim miejscu. Nie wnikałem, ale podejrzewam, ze rodzina DenDen zgodnie głosowala na Romea, tego, u którego byliśmy na przedwyborczym spotkaniu i z którym chyba łączą ich jakieś luźne więzy rodzinne.
Ciekawa (u nas niedopuszczalna) jest tu praktyka opróżniania urny i liczenia głosów na biażąco, chyba po to, żeby na wieczór nie zostawało się z całą tą nużącą i monotonną buchalterką. Pamiętam, że w liceum zasiadałem raz w komisji wyborczej, właściwie referendalnej. Było to, o ile dobrze pamiętam, referendum dotyczące prywatyzacji, referendum uwłaszczeniowe, coś takiego. Powód był taki, że jak na uczniackie potrzeby dobrze płacili. Było to nawet ciekawe doświadczenie, poza tym, że trzeba było liczyć te karty w niedzielę do bardzo późnej nocy, więc podejrzewam, że tu sobie po prostu rozkładają tę robotę na raty na cały dzień. Oczywiście nieoficjalne plotki o aktualnych wynikach rozchodzą się w okamgnieniu.
Przed wrzuceniem karty do urny składa się zarówno na karcie jak i na liscie wyborców osobliwy podpis w postaci odcisku palca zabarwionego atramentem, a potem komisja znaczy jeden z paznokci takim trudno schodzącym tuszem, by uniemożliwić ponowne głosowanie. Tusz podobno nie daje się usunąć do tygodnia, cała wieś łazi teraz dumnie z farbowanymi paznokciami.
Po powrocie z lokalu naszła mnie refleksja, że zajebiście jest gdzieś pomieszkać dłużej, żeby bardziej poznać, poczuć i zbliżyć się do zrozumienia lokalnego klimatu. Nawet mi się nasunęło jakże inteligentne, trafne i dowcipne porównanie, że takie podróżowanie na szybko i spedzanie po kilka dni w jednym miejscu, jakie uprzednio praktykowaliśmy jest trochę jak korzystanie z burdelu, czy tam przygodnego seksu, ma to zapewne swój urok i może się podobać, ale w przypadku pozostania gdzieś na dłużej, jest czas na lepsze poznanie się, zakochanie, a może nawet miłość. Osobiście wybieram bramkę numer dwa.
Wieczorny dopisek: około pierwszej w nocy dotarła do nas informacja, ze Romeo zwyciężył i pozostaje Barangay Captainem na kolejną kadencję. Gratulujemy!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy, sam też stoję trochę z boku, wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć, już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

7 myśli nt. „Demokracja i wybory na Filipinach. Barangay Captain Election, czyli wybory sołtysa w Marikabanie”

    1. Daj spokój, w ogóle się tym nie przejmuj. Polityka wizowa nie figuruje na liście priorytetów nowej administracji, system z grubsza działa jak powinien, a kraj zmaga się ze znacznie poważniejszymi kwestiami. Miłego wyjazdu :-)

    2. Duterte to rzeczywiście postać niejednoznaczna. Z jednej strony trudno mu odmówić sukcesu w administrowaniu Davao, bo to obecnie czyste, bezpieczne i kwitnące miasto na Filipinach. Z drugiej strony niestety rządy silnej ręki od zamordyzmu dzieli cienka linia i zobaczymy jak nowy prezydent poradzi sobie z pokusą jej przekroczenia. Na marginesie w artykule jest sporo złośliwie przejaskrawionej przedwyborczej propagandy. Pozdro.

    3. Dlatego też wolałem zasięgnąć informacji z pierwszej ręki ;) Sądzisz, że jego rządy mogą zmienić cokolwiek odnośnie polityki wizowej i generalnie obcokrajowców na Filipinach? Porównanie do Trumpa mnie trochę przeraża, a bilety zaklepane na styczeń :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *