Arowmer Hearth – Bantayan*

Arowmer Hearth to
nazwa raczkującej firmy rodzinnej z branży gastronomicznej z siedzibą przy głównej drodze
przecinającej wyspę Bantayan, mają nawet fanpage na facebooku, ale zapewne ze
względu na brak stałego dostępu do sieci, niewiele się tam dzieje. Dowiedzilismy
się o ich istnieniu przez zupełny przypadek i, o ile dobrze pamiętam, tego
samego wieczora podbiliśmy na miejscówkę. Pogadaliśmy chwilę, gospodarze wydali
się sympatyczni, więc zamówiliśmy chleb na dzień następny (wszystko robione
jest na zamówienie, co z jednej strony minimalizuje straty, a z drugiej jest
gwarancją świeżości, fajny układ, jak się ma zdolności planistyczne rozwinęte
do tego stopnia, że potrafi się myślą ogarnąć jadłospis na nastepne pare dni, co umówmy się, nie jest specjalnie trudne) i ustawiliśmy się na następny dzień na odbiór połączony ze wspólnym zrobieniem małego browarka.

Ian i Rain
wszystko robią sami, właściwie własnoręcznie, bo póki co nie mogą sobie
pozwolić na maszyny, nie dotyczy pieca, ten zdołali pozyskać lokalnie, ale po
pierwsze są niezadowoleni z proponowanej przez właściciela ceny, a po drugie
biznes się rozrasta, wiec chyba będą budować swój własny piec ceglany. Trochę
taka masywana budowla będzie zabawnie wyglądała na środku rozpadającego się
baraku z dykty, ale kto biznesmenowi zabroni. No więc wszystko robią
własnoręcznie, a że biznes dopiero startuje, wielu rzeczy po prostu się uczą
metodą prób i błedów. Nie zrozumcie mnie żle, mają swój stały i ceniony
asortyment, głównie placki z różnego rodzaju miesem i podrobami w stylu
angielskim (cottage pies albo english pies), pierogi w stylu samosa i inspirowane
nimi filipińskie pierogi, które oni nazywaja cebusa (od nieodleglej wyspy Cebu,
dotkniętej niedawno trzęsieniem ziemi), oraz różnego rodzaju pieczywo, głównie
duże chleby na naturalnym zakwasie, z najrozmaitszymi dodatkami, z cebulą,
włoskimi ziołami, również takie na mące pełnoziarnistej. Dodatkowo, poszerzają repertuar o desery, serniki, ciacha takie z czymś w rodzaju budyniu (custard). Idę o tatar (mmmmm,
tatar,  też by sie zjadło), ze narobiłem niejednemu apatytu, a wyobrażcie sobie, że
nie mieliscie dostępu to podobnych rzeczy miesiącami (jak poprzednim razem) i
zrozumiecie, ze żal po Route 66 jest już tylko odległym wspomnieniem.
W każdym razie,
jak w każdym przypadku, gdy pracuje się metodą prób i błedow, prędzej, czy
później się te błedy popełni, dlatego zajebiście jest być świadkiem tej
kreacyjnej fazy biznesu gastronomicznego, bo jak przyjeżdżamy po chleb, to jest
mnóstwo rzeczy, z których Ian nie jest zadowolony na tyle, by je upłynnić klientom za pieniądze i nas po prostu częstuje, a są to naprawdę fajne rzeczy. Ostatnio
na ten przykład taki placek z antrykotem wołowym i grubo mielonym pieprzem.
Przyznam się, ze w Londynie mi słabo te english pies smakowaly, ale kupowaliśmy
w markecie, zatem podejrzewam, że za nadzienie robił miks taki powiedzmy przemysłowy i malo
apetyczny. U nich jest to wołowy antrykot, czyli mięso praktycznie normalnie nadające się
na steki, wiec macie mniej wiecej wyobrażenie, jakie podejście do tematu
prazentuja.
Poza pieczywem
postawili, przyznam szczerze, dosc prowizoryczną wądzarenkę w której też chyba
na kokosie wędzą miesa przywożone z Cebu. Z tego asortymentu próbowaliśmy jedynie wędzonego boczku (gładki, słodki, z posmakiem tego dymu, mało
słony) i to na razie tyle. Byliśmy ustawieni na wędzenie połączone z degustacją
wina (sprzedają smaczne włoskie lambrusco, trunek, ktory, wstyd sie przyznac, poznaliśmy dopiero w zeszłym roku podczas wypadu z dobrą ekipą do Wenecji) na sobote, bo wtedy gospodarze mieli wrócić z Cebu ze świeżym zapasem mięs
do wędzarki, ale wichura zerwała się taka, że oni utknęli w porcie w Hagnai, bo
promy nie kursowały, a my zostaliśmy zaproszeni na grilla
do Pauliny i Wojtka do Santa Fe, było zajebiście, dziekujemy. Poznaliśmy tam
siedemdziesięcioletniego Niemca, lokalnego hodowcę kogutow, boksera,
ultramaratonczyka (po 100km robił) i badmintonistę, mamy zaproszenie na jego
włościa, wiec pewnie coś o nim jeszcze napiszę, bo typ wydaje się ciekawy. Do tematu
wędzonek Iana też raczej wrócimy. Póki co, trzymajcie się.Edit: Szybka potajfunowa,
przedpublikacyjna aktualizacja jest taka, że Yolanda zmiotła Arowmerowy
barak z powierzchni ziemi, serio nie wiem jak oni z tego pobojowiska
wyszli praktycznie bez zadrapań. Interes przeniósł sie do klimatycznego
lokaliku z tarasem bardzo blisko centrum Santa Fe. Biznes wydaje się iść
coraz lepiej, będzie dobrze.

 

* Ten nie opublikowany
wcześniej wpis powstał  przed nadejściem
tajfunu Haiyan aka Yolanda, który spustoszyl Filipiny dnia 08/11/2013.
Zastanawiałem się, co z takimi gotowymi postami zrobic. Doszedlem do wniosku,
ze się tutaj pojawia z odpowiednia adnotacja, jako testament zajebistosci
Bantayanu, wsi Marikaban i mieszkancow wyspy sprzed tragedii oraz jako wyraz
głębokiej wiary w poddźwigniecie i odrodzenie tego jednego z najurokliwszych
zakątkow planety.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

2 myśli nt. „Arowmer Hearth – Bantayan*”

    1. Polecamy przekonanie się na własnym podniebieniu przy okazji Waszej majowej wizyty na wyspie. Pozdrawiamy również i, kto wie, może do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *