Europejska żywność na Filipinach, a właściwie parę słów o Route 66, dryf niezamierzony*

Kontynuujac temat
z poprzedniego posta, a raczej przechodząc konkretnie do niego, miło mi
poinformować, że do historii przechodzą podsycane używkami marzenia o tym, co
się zje po powrocie do Europy. Może w sumie nie do końca, bo jednak o golonie
się pewnie jeszcze pogada, ale wędliny, europejskie pieczywo, mleko (a co za
tym idzie już podobno niedługo także i masło oraz sery) można już kupić.
Wspomniałem o
Szwajcarze Hugonie z domku przy plaży w Maricabanie. Otóż sprzedaje on za
dobre pieniądze szynki wędzone w dymie z wysuszonych łupin kokosa. Ma nieco
ograniczony asortyment i zaopatrzenie, że się tak wyrażę, sezonowe, znaczy
czasem jest po prostu wyprzedany, ale towar pierwsza klasa, naprawdę zajebiste,
aromatyczne, słodkie, pachnące dymem mięso z pewnego źródła. Mielismy okazje
spróbowac tylko jednej partii u naszych gospodarzy, bo reszta się niestety rozeszła na pniu, co
potwierdza tylko przekonanie o sile marketingu szeptanego, przy nastepnym
rzucie będziemy z pewnością znacznie bardziej zapobiegliwi.

O ‘przyautostradowej’
(główna droga na Bantayanie z Santa Fe, przez Bantayan City do Madridejos nosi, poniekąd na wyrost,
nazwę Provincial Highway) dyskotece pisałem kiedyś tak:  Parę wieczorów spędzilismy w wartej wspomnienia przydrożnej imprezowni
o dumnej nazwie Route 66. Poza dyskoteką odbywa się tam coś, co można nazwac
kabaretem ladyboyow, czyli homoseksualistów przebranych za dziewczyny. W Tajlandii
takie typy są tak dobrze zrobione, że niemożliwe jest wręcz ich na pierwszy
rzut oka odróżnienie od lasek (na drugi też czasem trudno). Na Filipinach,
przynajmniej na Bantayanie, robota jest dużo bardziej prowizoryczna, ale i tak
są jaja. 

W tej dyskotece, podobnie zresztą jak w Marikabanie i na fiestach
wprowadziliśmy do lokalnej specyfiki coś, co oni teraz nazywają jumping dance,
lokalesi bowiem w tańcu trzymają nogi na podłodze, albo przestepują z nogi na
nogę i zmysłowo się wyginają, a my podskakiwaliśmy w rytm niezmiennie, bezustannie i bezlitośnie tam
katowanego chamskiego techno, które to zresztą w końcu bardzo ze względu na
specyfikę sytuacji polubiliśmy. Z tym zmysłowym tańcem niektórych lokalnych
dziewczyn jest taki temat, ze sposób w jaki one się ruszają jest wręcz bezwstydnie
lubieżny, a co ciekawe, małe dziewczynki (na tyle małe, że nie mogą być świadome seksualności) tańcząc na plaży do śpiewanych przez siebie piosenek
usiłują poruszać się dokładnie w ten sam sposób, z lepszym lub gorszym skutkiem,
zależnie od talentu. Zastanawialiśmy się z Monią skąd się to bierze i jedyne do
czego doszliśmy to wniosek, ze czerpią wzorce z Zachodu, a że ogladają go na
teledyskach takich gwiazdeczek jak Beyonce, Rihanna, czy ta laska od Lewisa
Hamiltona, to po prostu zakładają, że tak wygina się na imprezach cywilizowany świat.

Mam nadzieję, ze
z powyższego opisu wynika, ze było to miejsce mocno specyficzne. Niestety jakoś
w marcu, tuż przed naszym wyjazdem, właściciel lokalu, z którym mielismy okazję
się poznać, o ile dobrze pamiętam Szwed z pochodzenia, popadł w konflikt z
sąsiadami, ze względu na dudniące na całą okolicę basy towarzyszące zwykle muzyce mocno nieambitnej i został zmuszony do
zamknięcia tego przybytku uciech różnych, acz glównie dyskoteki. Szwed
wspominał, ze najgłośniej gardłującego przeciwnika odszukał potem gdzieś w
internecie, i stamtąd dowiedział się, ze koleś podobno ‘figuruje w kartotekach’ za
przestępstwa na tle seksualnym wobec nieletnich. Filipińczycy są na tym punkcie
bardzo wyczuleni i oczywiście słusznie, bo jak można tolerowac żerujących na
biedzie zboczeńców. Sensacyjna informacja (nie potwierdzona przez nas w żaden
sposób) stanowiła mocny przyczółek, skąd teoretycznie mogła rozpocząć się
ofensywa, której celem miało być odzyskanie utraconego biznesu.
Budynek lokalu
zastaliśmy w stanie (choć trudno w to uwierzyć) jeszcze gorszym, niż go opuszczaliśmy,  co nasunęło dwie smutne konkluzje –
koniec z dansingiem na tej miejscówce oraz że próba przepędzenia
zbokola (o ile rzczeczywiście taki był) zakończyła się fiaskiem.
Okazało się
jednak, ze natura nie znosi prózni, biznes też nie, więc do zaadaptowanego (w
sumie to raczej wciąż będącego w trakcie adaptacji, której końca nie widać)
baraku wprowadził się Nowozelandczyk Ian z poznaną w Manili Filipinką Rain. I
to właśnie o nich usiłuję od dwóch wpisów trochę Wam opowiedzieć, niestety
wychodzi od rzeczy. Next time.
* Ten nie opublikowany
wcześniej wpis powstał  przed nadejściem
tajfunu Haiyan aka Yolanda, który spustoszyl Filipiny dnia 08/11/2013.
Zastanawiałem się, co z takimi gotowymi postami zrobic. Doszedlem do wniosku,
ze się tutaj pojawia z odpowiednia adnotacja, jako testament zajebistosci
Bantayanu, wsi Marikaban i mieszkancow wyspy sprzed tragedii oraz jako wyraz
głębokiej wiary w poddźwigniecie i odrodzenie tego jednego z najurokliwszych
zakątkow planety.

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *