Żal było się z George Town zegnać, ale czekał na nas megahiperwypasiony nocny autobus do Kuala Lumpur, a że lubimy wielkie miasta to wsiedliśmy doń z ochotą. Autobus był nocny z powodu takiego, za planowaliśmy się w nim wyspać i tym samym przyciąć na noclegu, co sprawdziło się świetnie po raz drugi, bo w hotelu w stolicy zameldowaliśmy się o szóstej rano, uderzyliśmy w kimono budząc się w południe jakbyśmy normalnie przespali noc, za która de facto nie płaciliśmy.Hotel znaleźliśmy łatwo, bo Petaling Street (samo serce chińskiej dzielnicy) znajduje się rzut beretem od dworca autobusowego Pudu Raya, na którym wysiadaliśmy. Jak dla mnie to jest centrum Kuala, wszędzie blisko, wszystko w zasadzie dostępne z buta dla osób, które tak jak my, nie mają problemu, żeby się czasem powłóczyć po mieście, a wręcz przeciwnie, sprawia im to radość. Z zestawem obowiązkowym uporaliśmy się w związku z tym stosunkowo szybko, ale okazało się, że Monia musi porobić zdjęcia o każdej porze dnia, więc szwędania było sporo. Nie ma na co jednak narzekać, bo miasto jest spektakularne jeżeli chodzi o widoki, a dodatkowo te spacery zaowocowały fajnymi zdjęciami, a części z nich nawet ja jestem autorem.
W ogóle miasto jest zajebiste, oglądanie z tarasu widokowego na Menara Kuala Lumpur (ze 300 metrów wysokości) dodatkowo potęguje wrażenia, ale też sprawia, że człowiek patrzy na nie nieco inaczej niż na przykład na Bangkok. W rozmowie później wyszło, że oboje z Monia mieliśmy wrażenie, że jest to miasto trochę bezosobowe, bezduszne to zdecydowanie zbyt mocno powiedziane, ale jakoś tak trudno nawiązać z nim osobisty kontakt. Kurde, nie chce być źle zrozumiany, bo ludzie są super i na każdym kroku spotykamy się z życzliwością, jak zresztą wszędzie w Azji, wita nas uśmiech, zagadywanie, pomoc, welcome to Malaysia sir, welcome to Kuala Lumpur madam, (nie tylko że strony sprzedawców) i oczywiście jest to super.
Ale jekos tak nie wsiąkliśmy, być może wielkie miasta potrzebują więcej czasu, żeby oswoić się z przybyszami. W Nowym Jorku i Londynie mieszkaliśmy w końcu po kilka lat. Z drugiej strony jednak Bangkok ukochał nas, a my jego natychmiastowo, nie wiem, muszę to jeszcze przemyśleć i przegadać z Moniakiem. W każdym razie przed tym przemyśleniem tak się złożyło, i jesteśmy w tym osadzie zgodni, że KL jest super, robi piorunujące wrażenie (zresztą popatrzcie na zdjęcia), ale taki Bangkok jest zdecydowanie bardziej przystępny, człowiek czuje się jego częścią, natychmiast, natomiast W KL jest się bardziej obserwatorem, niż uczestnikiem wydarzeń.
Muszę się przyznać, że narobiłem sobie w tych notkach zaległości, głównie z powodu takiego, że zwykle starałem się je pisać w czasie podróży, w autobusie, samolocie itp., a trzy ostatnie transfery (z Penang do Kuala Lumpur, Z KL do Singapuru i z Singapuru do Cebu w drodze na Bantayan to były podróże nocne i starałem się raczej zamknąć oczy, niż razić je ekranem. Zatem postaram się odtworzyć te ostatnie dwa tygodnie, po części z pamięci, a po części posiłkując się chaotycznymi notatkami. Mam nadzieję, że będzie to miało ręce i nogi.
czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.







