Tajlandia, jezioro Cheow Lan – Park Narodowy Khao Sok National Park, pływające domki Smiley Bungalows, trekking przez dżunglę i jaskinia Pakarang

WH3A1517Muszę uzupełnić relacje z Khao Sok, bo Monia zwróciła uwagę, że w ogóle nie wspominam o wyprawie w dżunglę do parku narodowego i kampingu w tych pływających domkach, o których pisałem.Więc następnego dnia po przyjeździe z samego rana ruszyliśmy dwoma samochodami nad jezioro. Jak nam się wydawało cool kids, czyli my, Niemcy i cześć Austriaków usadowiliśmy się hardkorowo z tyłu na pace pick-upa, którego zresztą trzeba było odpalać na pych, bo siadł akumulator.

Reszta pojechała miniwanem z szefem ośrodka. Droga okazała się całkiem długa, trwała chyba że dwie godziny, ale po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na targu jakiejś mijanej mieściny zrobić zaopatrzenie na dwa kolejne dni. Pełne wyżywienie, woda, herbata, kawa, owoce i takie tam rzeczy były wliczone w koszt wyprawy, ale oktany trzeba było albo wziąć że sobą, albo kupić na miejscu za nie wiadomo jaką cenę. Droga wiodła malowniczą dolina wśród strzelistych wapiennych skał, ale piękno parku mieliśmy dopiero poznać.

Na przystani przepakowaliśmy cały prowiant, napitki i plecaki do łodzi długorufowej (long taił boat) całą ekipą usiadła w środku, spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Dee (były bokser Muay Thai, osiem lat spędził na Wyspach, bardzo fajny chłopak, od razu wiedziałem, że spodoba się Moni, bo ma słabość do przystojnych Azjatów, podobnie jak ja ładnych Azjatek) i ruszyliśmy na wodę.

Zobaczcie proszę zdjęcia poniżej, nie chce się bowiem ponownie rozpływać nad niesamowitym urokiem parku, lazurowa woda, monumentalnymi skałami, uroczymi wysepkami, roślinnością i tak dalej, ale obawiam się znów, że nawet zdjęcia nie są w stanie go w pełni oddać. To miejsce naprawdę zapiera dech w piersiach. W drodze do domków zacumowaliśmy w jednej z licznych skalistych zatoczek, żeby poskakać z klifów do głębokiej w tym miejscu na osiemdziesiąt metrów wody. Spodziewałem się czegoś bardziej cywilizowanego, drabinek, poręczy itp.

Okazało się, że jeżeli chce się poskakać, trzeba samodzielnie wdrapać się na te klify. Ze wspinaczka skałkowa nie mieliśmy nigdy nic wspólnego, poza pokonaniem paru łatwych sztucznych ścian kiedyś w Dynamiksie, po których wchodziło się praktycznie jak po drabinie, więc te naturalne były nie lada wyzwaniem, trudno się było w ogóle wygramolić z wody, a potem dopiero zaczynała się lekcja pokory. Ale korzystając z instruktażu Niemców, którzy byli tam wcześniej, udało mi się wdrapać na najwyższą półkę, nie było to do końca bezpieczne, bo poślizgnięcie oznaczało upadek do wody uprzednio poprzedzony odbijaniem się od tych ostrych skał. I tak w czasie tego włażenia podrapaliśmy sobie kolana, łokcie, plecy itp., ale mówię, wspinacze z nas rządni, a koniecznie chciałem skoczyć.

Nigdy nie miałem problemu z wysokością, wręcz przeciwnie, bardzo lubię punkty widokowe, wysokie budynki, widok z samolotu itp., ale na tej skalnej półce, zaledwie kilka metrów nad tafla wody, to była inna historia. Musiałem mocno zebrać się w sobie, żeby zrobić ten krok naprzód, ale było warto i wdrapywałem się jeszcze trzykrotnie. Tym bardziej doceniam śmiałków, którzy skaczą z kilkunastu, czy kilkudziesięciu metrów. Zawsze im zazdrościłem, teraz nie wiem, czy dałbym radę, ale kiedyś spróbuje.

Z Monia jest inna historia, bo ona nigdy nie przepadała za wysokością, tzn. nie ma problemu z budynkami, ani samolotem, ale już przepaście, czy przeszklone od strony podłogi tarasy i windy stara się omijać szerokim łukiem. Tym bardziej byłem z niej dumny, że po pierwsze weszła na niższa polkę (wtedy już w sumie wiedziałem, że skoczy, bo zejść stamtąd byłoby trudniej niż wejść) a potem, dopingowana tym, że nie chciała sobie zrobić wstydu, pokonała te swoją słabość i skoczyła. I potem jeszcze raz!!! Jakoś tak jest z tymi klifami, że z dołu to wszystko wygląda na w miarę okej, ale stojąc na krawędzi wrażenia są spotęgowane, a wysokość wydaje się znacznie większą. Monia potem mówiła, że trzeba było wziął na górę aparat i sfilmować skok, jak on wygląda z perspektywy skoczka. No trzeba było, cóż następnym razem.

Mega szczęśliwi i naładowani adrenalina ruszyliśmy w stronę domków, całą załoga wypiła po małym piwku, ludzie się poznawali i ogólnie humory dopisywały. Zatoczka w której pływają domki jest cudowną i mógłbym tam spędzić tydzień. Do dyspozycji mieliśmy kajaki, jednym z nich wybraliśmy się po obiedzie na krótki rekonesans okolicy. Wycieczka okazała się być parogodzinna, opłynęliśmy okoliczne zatoki, Dee pożyczył nam wędkę i wskazał miejscówki z największymi szansami na rybę, pohasaliśmy po mniejszych wyspach, które dostępne były z kajaka i na których można zachowywać się jak dzikusy, wspaniałe popołudnie.

Wracaliśmy mocno pod wiatr (plynąc przy brzegu zatokami woda jest spokojna ale otwarta woda to inna histora), wśród wystających z wody konarów drzew zatopionego lasu. Po pierwsze cieszyliśmy się że mamy dwa wiosła, znaczy bardziej ją się cieszyłem, bo miałem teraz pomocnika na ciężkie czasy żeglugi, po drugie o jedno z tych drzew musiała zahaczyć się nasza przynętą, bo po dobiciu do następnej wyspy zwinąłem tylko pustą żyłkę i tyle było łowienia. I tak dobrze, bo mało nie brakowało, a zgubilibyśmy całą wędkę, ale Monia zwróciła uwagę, że tam daleko coś dziwnie wystaje z wody.

Połowiliśmy trochę wcześniej w zatokach, ale niestety bez powodzenia, starałem się zgodnie z instrukcją zarzucać blisko wzdłuż brzegu, więc nam się parę razy sprzęt zahaczył o brzeg, czasem taki bardziej stromy, więc ciężko było z tego chyboczącego się kajaka zejść, tym bardziej, że Monia zaczynała panikować i mówiła, że jak tutaj wpadnie do wody (były tam jakieś zalane krzewy porośnięte glonami) to na 100% dostanie zawału. Ale nie takie rzeczy się odhaczało i nie takie przeżywało bez zawału.

Po powrocie z wielkim apetytem zabraliśmy się za kolację. Wiadomo jak po takim wiosłowaniu i kilku kąpielach w międzyczasie dopisują apetyty, a nie byliśmy jedynymi, którzy podziwiali piękno okolicy. Posiłki składały się z różnego rodzaju tradycyjnych tajskich potraw, głównie z ryżem, ale też z makaronem i grillowanych ryb z jeziora, pycha.

Po kolacji i małym odpoczynku, zaczęła się impreza i tutaj normalnie, jak to na imprezach, najpierw przy stole jakieś dyskusję, rozmowy, o książkach było ;-), potem o wartościach, muzyka, pierwsze wygibasy, a potem standard. Jak wiem, z używam słowa zajebiście non stóp, ale znów tak było i fajnie się z tym dopiero co poznanymi ludźmi skumaliśmy.

Weselne zabawy dla rozluźnienie atmosfery nie były potrzebne, ale były, więc się pośmialiśmy. Monie do teraz bola nogi po zabawie polegającej na podnoszeniu ustami kartonu po jakiejś butelce, od którego po każdej kolejce oddzerana była krawędź tak, że stawał się niższy i trzeba było schylać się niżej. Cztery osoby dały radę podnieść praktycznie samo denko, czyli dotknąć zębami podłogi stojąc na nogach. Wśród tej czwórki była Monia. Reszta ekipy patrzyła na te wyczyny z podziwem, jest to umiejętność z pewnością bardzo w życiu przydatna. Nie muszę dodawać, że odpadłem chyba po drugiej kolejce.

Za to wygrałem ekzekwo (ex equo?) z jednym z Austriaków w konkursie skoków do wody przez ustawione na krawędzi pomosty jedno w drugim plastikowe ogrodowe krzesła, takie co wchodzą w siebie nogami. Obaj pokonaliśmy dziesięć ustawionych w ten sposób jedno na drugim krzeseł skacząc nad nimi na główkę do wody i osobiście uważam to za nie lada wyczyn. Kto nie wierzy niech sobie ustawi taka wieże i zobaczy jak jest wysoką, sięgała mi chyba do ramion. W przypadku skuchy nie było dramatu, bo krzesła są lekkie i przewracały się po prostu do wody, a skoczek i tak leciał dalej. Po zaliczonej próbie na dziesięć krzeseł zadowoliliśmy się obaj remisem, bo pomost był nierówny, niektóre deski uginały się bardziej niż inne (jak to było z ta baletnicą?), Monia zaczynała marudzić i tak dalej. Z uczciwości muszę przyznać, że Austriak był ode mnie nieco niższy.Po konkursie posiedzieliśmy jeszcze na pomoście, posłuchaliśmy muzyki, pogadaliśmy, popiliśmy pełni wrażeń z całego dnia poszliśmy w kimono, bo rano udawaliśmy się łodzią na jezioro na wschód słońca.

Wschód jak wschód, nad morzem robi lepsze wrażenie, bo słońce wyłania się prosto z wody, a nie jak tutaj zza gór, było to w porządku, ale chyba dawało się ludziom we znaki zmęczenie ostatnia nocą. Za to po śniadaniu popłynęliśmy na trekking na porośnięta dżungla większą wyspę. Było to znów nieco moim zdaniem dla niektórych uczestników niebezpieczne, bo przy nich to byliśmy normalnie sportowcy wyczynowi. Mimo użycia psikaczy odstraszających przykleiły mi się do nóg trzy pijawki, bo normalnie chodziło się przez strumienie, pokonywało w bród rzeczki, gęste i mokre zarosła, no i nie zwróciłem uwagi, a przede wszystkim myślałem, że to bardziej czuć, więc pierwsza z tych pijawek, zanim ją zauważyłem, zdążyła się już sporo napić. Podobno to niegroźne.

Punktem kulminacyjnym tej wędrówki była około godzinna przeprawa przez wapienną jaskinię. Tutaj już naprawdę kończyły się żarty, zdarzały się tam wypadki, w tym śmiertelne, ale te drugie w porze deszczowej, w czasie której obecnie do jaskini już się nie wchodzi. Znaczy pewnie niektórzy wchodzą. My byliśmy w porze suchej, a i tak przejście było nie lada wyzwaniem.

Nie mamy za dużo zdjęć że środka z kilku powodów. Po pierwsze w jaskini były odcinki zupełnie zalane, w których woda sięgała mi po szyję, trzeba było płynąc, zatem zwykle aparaty (w tym sprzęt Moni) ukryliśmy przed wejściem w dżungli w miejscu, w które mieliśmy powrócić (robiliśmy bowiem pętle, a jaskinia była na przestrzał), zebrało się tego sprzętu za pewnie 50 tysięcy, nie wszyscy czuli się komfortowo przykrywając go liśćmi i zostawiając samemu sobie, ale co było robić. Monia miała luz. Mój aparat jest wodoszczelny, ale w najbardziej hardkorowych momentach zupełnie nie w głowie było mi robienie zdjęć, czy filmów (teraz żałuję) a po drugie niestety w połowie siadła mi bateria i dupa.

W każdym razie jaskinia była fantastyczna w wapiennymi naciekami, podziemnymi strumieniami, jeziorkami, rzeczkami wzdłuż, które trzeba było pokonać wpław lub płynąc z ich nurtem, szczelinami skalnymi, takim pęknięciami na klika metrów w dół, które pokonywało się rozpierając się tylko nogami i rękami. Upadek tam byłby naprawdę niebezpieczny i trochę martwiłem się o Monie tzn. nie o to że wpadnie, tylko że będzie się bać i nie będzie czerpać z tego doświadczenia radości. Ale nic z tych rzeczy, w przeciwieństwie do niektórych uczestników, którzy po pokonaniu z nieoceniona pomocą przewodnika tego naprawdę trudnego dla nieznających tematu odcinka, byli wstrząśnięci i uznawali organizowanie takich wycieczek dla amatorów za nieodpowiedzialne. Powiedzmy, że było w tym trochę racji. Ale nie za dużo. My akurat, mimo wyzwania jaki stanowiła jaskinia, a może właśnie dzięki niemu, bawiliśmy się znakomicie i z pewnością chcielibyśmy coś podobnego kiedyś zrobić ponownie, choć przyznam, że jakieś zabezpieczające linki, czy coś (jak wspominałem, nie znamy się na wspinaczce) byłyby kojącym dla świadomości uzupełnieniem.

Jeżeli kiedykolwiek znajdziecie się w okolicach Khao Sok, zdecydowanie polecamy wycieczka po jeziorze, dżungli i domki na jeziorze. Tego nie można ominąć.

Wesoła droga do dżungli :)

 

WH3A1523 WH3A1532 WH3A1527 WH3A1526 WH3A1524 WH3A1519 WH3A1520 WH3A1522 WH3A1514 WH3A1513 WH3A1512 WH3A1511 WH3A1509WH3A1508

WH3A1479 WH3A1471 WH3A1465 WH3A1454 WH3A1451 WH3A1440 WH3A1432 WH3A1425 WH3A1408 WH3A1407 WH3A1401 WH3A1399 WH3A1409 WH3A1410 WH3A1416 WH3A1417 WH3A1394

 

 WH3A1376 WH3A1370 IMG_1829 IMG_1827 IMG_1825 IMG_1824 IMG_1823 IMG_1822 IMG_1818 IMG_1817 IMG_1816 IMG_1814 IMG_1810 IMG_1808 IMG_1807 IMG_1806 IMG_1802 IMG_1794 IMG_1764 IMG_1747 IMG_1743 IMG_1714 IMG_1710 IMG_1701 IMG_1698 IMG_1696 IMG_1678

 

Marych skacze z klifu (filmik)

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

2 myśli nt. „Tajlandia, jezioro Cheow Lan – Park Narodowy Khao Sok National Park, pływające domki Smiley Bungalows, trekking przez dżunglę i jaskinia Pakarang”

  1. Witam czy trzeba umieć pływać, aby przejść te wycieczkę? Ewentualnie osoba nie pływająca może nie wchodzić do jaskini i w ten sposób da rade wziąć udział w wycieczce 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *