Bantayan, Filipiny – Walki kogutów na Filipinach, a potem Salamat i Paalam Marikaban (czyli dziękujemy i do widzenia zajebista wiosko)

Musiał niestety nadejść dzień pożegnania z gościnnym Maricabanem i w ogóle Bantayanem i Filipinami. Piszę niestety, ale co dziwne, mimo paru uronionych łez zarówno że strony gospodarzy jak i gości opuszczaliśmy gościnną wieś bez żalu tak dużego, na jaki ona zasłużyła i jakiego się spodziewaliśmy. Bo tak naprawdę nie żegnamy się wcale, a mówimy jedynie do zobaczenia i widzimy się wkrótce, być może już za parę miesięcy.

W telegraficznym skrócie o ostatnich paru, parunastu dniach, wszystko z pamięci, bo na serio poczuliśmy się na wyspie jak w domu, a z codzienności mało kto robi notatki, czy opisuje ją w sieci, no może jacyś artyści, albo przesadni ekstrawertycy, albo nie wiem, może intrawertycy, , którzy nie potrafią skanalizować emocji w rzeczywistym świecie, w każdym razie my się do tych grup nie zaliczamy.

 

Odwiedziło Marikaban jeszcze parę ekip, niezmiennie pozytywne typy, taki Jurek z żona Kasia, hodowcy węży z Pomorza, mają tych gadów parędziesiąt, dla mnie to szajba, ale ci o nich mogą gadać sporo. Jurek w ogóle po przejściach, bo, nie wiem czy pamiętacie, jak byliśmy mali, to w Gdańsku Oliwie podczas koncertu Golden Life wybuchł tragiczny w skutkach pożar, zespół nagrał potem z przyjaciółmi piosenkę ‘Zycie choć piękne tak kruche jest’, z której dochód o ile pamiętam miał trafić do poszkodowanych i rodzin ofiar, ogólnie był to wtedy w Polsce głośny temat (o ile dobrze pamiętam jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych, bo byłem w liceum).

 

No i ten Jurek akurat na koncercie był, udało mu się z poważnymi obrażeniami uciec z tego piekła, potem wielomiesięczne leczenie, liczne zabiegi chirurgiczne i rehabilitacja w klinice poparzeń w Siemianowicach Śląskich, mocna historia, ale zakończona chyba happy endem, chłopak pływa na windsurfingu, ogólnie jest wysportowany, po oparzeniach jak na moje niewprawne oko nie ma aż takich śladów, jakich można by się było spodziewać, a zagraniczni lekarze są pod wrażeniem roboty wykonanej przez polskich specjalistów. Był też Ignacy z Justyną, Warszawiacy z telewizji TVN, kumple tego Domela, który kręci na Filipinach dokument o szamanach. Zrobili we trójkę traskę po Azji, z której też szykują jakąś filmową relacje, z pewnością wkleję linka, jak już będzie gotowa, bo trailer mile zachęca.

 

Huberto któregoś dnia znalazł na prośbę Domela kolegę dysponującego taką średniej wielkości łódka, bo Domel musiał pogadać pewnym szamanem mieszkającym na jednej z okolicznych wysp, nazywającej się Hilantagan i korzystając z okazji wybraliśmy się tam cała ekipą, z chłopakami-informatykami, Moniką i Kamila, które akurat zatrzymały się w Santa Fe podczas objazdówki po Filipinach, a które przez znajomych coś z Grochem łączyło i z takim jeszcze Markiem z Lubina, przedstawicielem mniejszości etnicznej Łemków z Dolnego Śląska. Na te mniejszość jest podobno teraz w Polsce szajba, bo zespół Lemon (złożony z Łemków właśnie) wygrał w telewizji jakiś konkurs talentów i teraz jest gwiazdą. A że świat jest mały to się okazało, że gitarzysta tego zespołu jest współlokatorem Mateusza z Wrocławia, a Marek kuzynem tego gitarzysty i się chłopaki poznali. Wiem to na razie z opowiadań, ale ci Łemkowie to podobno mocna ekipą, co jeńców nie bierze. Opowieści nie nadają się niestety do upubliczniania. Kropka ;-)

 

Domelowi z tymi szamanami trudno ujechać, bo albo ich nie ma, albo są napruci, albo akurat mają dzień, w którym opuszcza ich móc, no ewidentnie jakąś klątwa wisi nad tym jego filmem. Jedyna osoba, o której wiem, że udaje mu się z nią dogadać, jest ten nasz szaman Ondo, u którego byliśmy na urodzinach, może dlatego, że dobrze zna się z DenDen. Resztą, mówi Domel, jest jakąś nieufna. Ale chyba się chłopak nie poddaje. Podczas snorklingu przy rafie na tej wyspie Monia zgubiła taką swoją ozdobę, kamień, rodzaj chyba amuletu , który nosiła na szyi i do którego była zawsze mocno przywiązana, jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Myślałem, że będzie lament, ale o dziwo przyjęła to że spokojem, bo w sumie jak już coś takiego zgubić, to nie ma lepszego miejsca niż magiczna filipińska wyspa. Wracaliśmy już po ciemku, co było trochę emocjonujące, bo tutaj lodzie nie spełniają standardów ISO, ale fale były do przyjęcia, dystans nie powalał i wszystko, jak zwykle, dobrze się skończyło.

 

Wielkanoc to na Filipinach okres szczególny i chociaż nie udało nam się spędzić na wyspie samych świat to atmosfera tego co miało nadejść powoli zaczęła się wszystkim udzielać. Nie chce pisać o szczegółach, bo byłoby to bardziej zgadywanie, ale jest temat który liznęliśmy, a mianowicie przedświąteczne wielkie derby kogutowe. Pamiętam (i w tych względach nic się nie zmieniło), że na początku tego tripa miałem opory przed jazda na słoniach, żal było człowiekowi trzymanych w klatkach tygrysów i wzdrygał się na myśl o małpich pokazach talentów, czy ‘sanktuariach’ krokodyli i węzy. I niby zdaję sobie sprawę, że kupując bilety na event typu cockfighting dokładamy swoją cegiełkę do okrucieństwa i bezwzględności na świecie, ale jest to na tyle swojskie wydarzenie dla lokalnej społeczności, że nie biorąc w nim nigdy udziału odcina się od czegoś bardzo dla Filipin charakterystycznego.

 

‘Sport’ jest okrutny co dziwi jeszcze bardziej, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że Filipińczycy są z natury bardzo bezkonfliktowi i nieagresywni, a na gest otwartości i przyjaźni reagują odwzajemnieniem. Pisałem kiedyś tak: Nieco barbarzyńska rozrywka lokalnej ludności są walki kogutów, dość hałaśliwe i żywiołowo reagujące towarzystwo z ciekawym rodzajem zacięcia w oczach większości. Walki są poprzedzone rytuałem podkurwiania tych kogutów na siebie, one tam się stroszą, a w międzyczasie dość dużym chaosie wśród okrzyków przyjmowane są zakłady. W razie wygranej otrzymuje się 170% postawionej kwoty, bo 30% wypłaty zostaje w kieszeni tak zwanego bukmachera. Radość po wygranej okazywana jest szczerz i głośno, niestety przy największych wybuchach radości nie udało mi się ustalić o jakiego rzędu kwoty chodziło. Wokół ringu i takiej dróżki prowadzącej do wyjścia rozlokowane są stoiska oferujące grillowane udka, skrzydełka i inne drobiowe cząstki. Biorąc pod uwagę lokalizacje, można spokojnie domniemywać, że co 10 minut mają świeży towar. Trochę człowiekowi żal tych kogutów, ale nie patrzyło im z oczu jakoś specjalnie inteligentnie, a śmierć wyglądała na szybką.

 

 

Tym razem było podobnie, z tym, że arena miała rozmiary małego koloseum, ludzi mieściło to znacznie więcej, hałas, ekscytacja, podniecenie i emocje wylewały się przez dach, a kwoty stawiane na poszczególnych ‘zawodników’ były astronomiczne. Byliśmy wcześniej z Kacha z Warszawy, Marta i Matem i Andrzejem na kogutach w miejscowości przy drodze prowadzącej do Madridejos i tam nasz największy zakład zawarliśmy na 700 piso (jakieś 56 złotych) i wydawało się nam, że gramy ostro. W Bantayanie, podczas tego Grand Derby banknoty tysiącpesowe (80zl) szeleściły w rękach non stóp, zmieniały właścicieli, zmięte rzucane były na ring, chaos był taki, że w sumie do teraz nie wiem, jak ci zakładający się że sobą po rozstrzygnięciu pojedynku rozliczali.

 

Jako ciekawostkę napiszę, że gdy następnego dnia odwiedziliśmy odległe o jakieś 10 kilometrów miasteczko (bo mieszka tam kobieta, u której kupujemy zajebisty, acz trudny w dostaniu lokalny owoc o nazwie lanzones, jej mąż przywozi toto z Cebu) to nas ludzie zaczepiali na ulicy i mówili że poprzedniego dnia widzieli nas na derby). Przyszło nam nawet do głowy, żeby kupić takiego walczącego koguta i wystawić go w zawodach, byliśmy nawet w tym celu u lokalnego hodowcy i trenera, kogut był piękny, duży i silny, za jedyne 120 zł mógł być nasz, ale okazało się, że nie da rady już go w derby wystawić, więc przełożyliśmy zakup na jesień.

 

Parę wieczorów spędziliśmy w wartej wspomnienia przydrożnej imprezowni o dumnej nazwie Route 66. Poza dyskoteka odbywa się tam coś, co można nazwać kabaretem ladyboyów, czyli homoseksualistów przebranych za dziewczyny. W Tajlandii takie typy są tak dobrze zrobione, że niemożliwe jest wręcz ich na pierwszy rzut oka odróżnienie od lasek na drugi też czasem trudno), na Filipinach, przynajmniej na Bantayanie, robota jest dużo bardziej prowizoryczna, ale i tak są jaja. W tej dyskotece, podobnie zresztą jak w Marikabanie i na fiestach wprowadziliśmy do lokalnej specyfiki coś, co oni teraz nazywają jumping dance, lokalesi bowiem w tańcu trzymają nogi na podłodze, albo przestępują z nogi na nogę i zmysłowo się wyginają, a my podskakiwaliśmy w rytm niezmiennie tam katowanego chamskiego techno, które to zresztą w końcu bardzo że względu na specyfikę sytuacji polubiliśmy.

 

Z tym zmysłowym tańcem niektórych lokalnych dziewczyn jest taki temat, że sposób w jaki one się ruszają jest wręcz bezwstydnie lubieżny, a co ciekawe, małe dziewczynki (na tyle małe, że nie mogą być świadome seksualności) tańcząc na plaży do śpiewanych przez siebie piosenek usiłują poruszać się dokładnie w ten sam sposób, lepszym lub gorszym skutkiem, zależnie od talentu. Zastanawialiśmy się z Monia skąd się to bierze i jedyne do czego doszliśmy to wniosek, że czerpią wzorce z Zachodu, a że oglądają go na teledyskach takich gwiazdeczek jak Beyonce, Rihanna, czy ta laska od Lewisa Hamiltona, to po prostu zakładają, że tak się rusza na imprezach cywilizowany świat.

 

W ogóle z ekipą zawsze i wszędzie byliśmy bardzo otwarci, i w tańcu i w gadce i przy napitku i przy jedzeniu, wiadomo o co chodzi, zatem zawsze byliśmy niezmiernie ciepło witani. Ja tego nigdy nie czułem i jakoś podświadomie chyba nie lubiłem, ale małomiasteczkowe (bo mowa teraz o Santa Fe) klimaty są zajebiste, wszyscy nas znają i witają z uśmiechami, normalnie na rynku się zna ekipy że straganów, w restauracjach i przydrożnych budach do obsługi się człowiek zwraca po imieniu, po dziewczyny stamtąd się wieczorami podjeżdża na motorkach i razem uderza do Route 66, niejednokrotnie we trójkę na jednym sprzęcie, ladyboye uśmiechami witają cię na ulicach i z radochą wskakują na motor jak trzeba gdzieś ich podwieźć, człowiek nabiera dystansu do wielu rzeczy i na wiele się otwiera. Blond włosy i rudy zarost działają tak, że zdarza się, że nastoletnie łaski normalnie dosłownie piszczą na ulicach, nawet jak jestem z Monia. A każdy ma w sobie odrobinę próżności i miło się czasem poczuć jak papież, gdy się machnie ręką.

 

Ostatnio z Matem wskoczyliśmy w takiej budce z hamburgerami dla żartu za ladę, dziewczyny dały nam swoje fartuchy i trzepaliśmy burgery jak złoto. (Te motorki, o których wspominam to Honda XRM najpopularniejszy jednoślad na całych Filipinach, na naszej wyspie dający spokojnie radę wszędzie, dosłownie raz był problem na stromym podjeździe z Monia w takich małych górach w dżungli, wypożyczenie na cały miesiąc to jakieś 300zl, pali to tyle co nic, policja nie łapie, o kaskach itp. nikt nie słyszał, problem komunikacji lokalnej rozwiązany w 100%, żyć nie umierać) Ja w ogóle zawsze byłem zwolennikiem zatrzymywania się w trasie na dłużej, tak by nieco wsiąknąć i głębiej poznać, a nie przemieszczania się za wszelką cenę i lizania jedynie po powierzchni tego co po drodze. Mamy teraz dowód, że ma to wielki sens.

 

Piszę te słowa pierwszego poranka w Bangkoku, przylecieliśmy tu bowiem na kilka dni z Mateuszem i Markiem, tym Łemkiem, mistrzem świata w przygarnianiu kropka. Ale nie ma opcji, żeby na Bantayan nie wrócić, bo mamy jeszcze parę niezamkniętych projektów. O kogutach już pisałem, ale lepszy jest temat taki, żeby u Huberta zamówić i ufundować rzeźbę dla lokalnej społeczności, niestety nie mogę w tej chwili napisać więcej, w każdym razie projekt jest ambitny i zajebisty, po reaktywacji błoga, która nastąpi późnym latem lub wczesną jesienią puszcze trochę farby. Jeszcze tego tylko brakuje żebyśmy z ekipą zostali mecenasami sztuki, w sumie czemu nie, dopóki fantazja w narodzie nie ginie…

IMG_3835-copy WH3A7508-copy WH3A7509-copy WH3A7517-copy Untitled-1-copy WH3A4903-copy IMG_3973-copy IMG_3988-copy IMG_3775 IMG_3781 IMG_4199 IMG_4628-copy IMG_4647-copy IMG_4718 IMG_4735 IMG_4742 IMG_4756 IMG_4774 IMG_4777 IMG_4823 IMG_4939 IMG_4946 IMG_4947 IMG_4950 IMG_4982 IMG_4984 justyna

 

Male tancerki na plazy :)

 

Reakcja dzieciakow, gdy przejezdzamy skuterem przez wioske :)

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy, sam też stoję trochę z boku, wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć, już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *