Z cyklu co zobaczyć na Filipinach. Jeden z najpiękniejszych dni w życiu – wyspa Selinog, Zamboanga, Filipiny

Wynajęta od miejscowych rybaków łódź była mała i niewygodna, a pokładowy silnik pluł gorącem i spalinami i hałasował jak sam sku… (tu ugryzłem się w język). Kto miał choć trochę do czynienia z mechaniką, ten zna przenikliwy, świdrujący kopułę czaszki odgłos motoru spalinowego pozbawionego tłumika. Zepsuło mi to nastrój jeszcze bardziej, bo już konieczność wstawania na budzik o świcie na dzień dobry zrobiła swoje.

 

Bylem nieprzekonany, czy w ogóle chce mi się płynąć, ale na takie rozważania było za późno. Łajba parła ku morzu, w oddali majaczyły masywy górskie wyspy Mindanao, ale między nią a nami z wody nie wystawało nic. Pomyślałem, że bez sensu tłuc się dwie godziny wydmuszką, po to by plażować, bo i tak nie jestem typem opalacza. Wtedy linia horyzontu zaczęła jakby migotać, by po chwili wyklarować kontur spłaszczonej jak naleśnik wyspy Selinog, celu całej eskapady, a formalnie siedziby jednego z sołectw wokół miasta Dapitan leżącego w prowincji Zamboanga del Norte. Wszystkiego razem 80 hektarów korala porośniętego przywykłą do ekstremalnych warunków roślinnością.

 

Wyspa jest na tyle płaska, że z pokładu łodzi widoczna dopiero z bliska. Nie wiem jakie w tym względzie zachodzą zależności odległościowe, ale czy możliwe jest, żeby ze względu na kształt planety niewysokie obiekty pojawiały się na horyzoncie dopiero po zbliżeniu się na odległość kilkunastu kilometrów?

 

W każdym razie gdy wysepka zarysowała się na linii nieba, towarzystwu błyskawicznie poprawiły się humory, duże stado delfinów też zrobiło robotę, a gdy dobiliśmy do brzegu nie mogłem uwierzyć. Człowiek trochę tych plaż w życiu widział, ale Selinog oczarowała od pierwszego spojrzenia. Okolica jest absolutnie przepiękna, z miękką, piaszczystą plażą, na której z godnością próchnieją małe rybackie łódki, a wszystko obmywa krystalicznie czysta lazurowa woda. Bajkowo.

 

Nie sądzę, by mieszkańcy rybackiej wioski w południowej części wyspy często oglądali obcokrajowców. Przyjęli nas z gościnnością i zainteresowaniem, ale bez nachalności, a na okoliczność pikniku udostępnili bambusową chatkę przy plaży. Gdy posileni grillowanym tuńczykiem i innymi dobrodziejstwami komunalnego koszyka przenieśliśmy się na piaszczystą łachę ciągnącą się daleko w morze, dla naszego spokoju do pilnowania obozowiska przydzielili ochroniarza.

 

Na wyspie mieszka kilkaset osób w ociekających jakimś fantastycznym klimatem siołach. Nawet niewprawne oko dostrzeże, że basen genowy jest tutaj płytki, odnosi się wrażenie, że mieszkańcy są skoligowaceni i tak naprawdę to jedna wielka rodzina. Przestrzeń zaplanowana jest w taki sposób, że poszczególne domostwa cieszą się prywatnością, a jednak panuje tam jakieś przemożne poczucie życia we wspólnocie.

 

Może sprawdza się mechanizm, że w pewnych warunkach w obliczu konieczności radzenia sobie z życiem z dala od cywilizacji ludzie zbliżają się do siebie i dochodzą do wniosku, że najlepiej wyjdą na współpracy. Zatem wspólnie pracują, głównie przy połowie ryb i krabów i wspólnie odpoczywają – zachód słońca to wielopokoleniowa nasiadówa w zaimprowizowanej przy plaży rozległej świetlicy pod gołym niebem. Działa branża usługowa i kupiectwo – artykuły pierwszej potrzeby sprzedawane są bezpośrednio z domów, na fasadach których nie ma nawet szyldów. Sąsiedzi wiedzą kto zajmuje się handlem i wskazują drogę bez pudła. Wspólnie też chodzą spać – prąd to luksus dostępny od 18-teg do 21-szej, po czym wyspę obejmuje Morfeusz.

 

Czas się tam zatrzymał i zadziała magia, wystąpił jakiś fenomenalny efekt synergii miejsca i ludzi. I nie byłem w tym odczuciu odosobniony. Czuliśmy i bawiliśmy się jak dzieci. Co jakiś czas ktoś pytał, czy to się dzieje naprawdę, czy ten dzień jest prawdziwy, czy to nie sen. Stuprocentowe tu i teraz. Nie liczyło się nic innego tylko Selinog, jego mieszkańcy i nasza czternastka, którą los jakimś dziwnym zrządzeniem umiejscowił na chwile w raju, tym mentalnym także. Zupełnie poważnie pisząc teraz te słowa ciało przechodzą osobliwe dreszcze radości.

 

Gdy późnym popołudniem silnik łodzi, która miała zawieźć nas do domu odmówił posłuszeństwa nikt się nie zmartwił. Wręcz przeciwnie – konieczność pozostania na wyspie na noc byłaby frajdą, a nie niedogodnością. Niestety reanimacja żelastwa przyniosła skutek i mocno po czasie podnieśliśmy kotwicę, co oznaczało konieczność żeglowania w ciemnościach. Księżyc chował się jeszcze za horyzontem, więc galaktyka Drogi Mlecznej uraczyła nas widokiem milionów gwiazd.

 

Dodatkowo wody Morza Boholskiego obfitują w ciekawy rodzaj planktonu, który na dotknięcie reaguje iluminacją, takie podwodne świetliki. Tnąc fale w mroku, miało się wrażenie, że boczne pływaki krzeszą iskry, a za rufą wzbudzane przez śrubę organizmy tworzyły coś na kształt ogona komety. Perfekcyjne zwieńczenie tej niesamowitej przygody.

 

Dziękujemy wszystkim i każdemu z osobna, że byliście jego integralną, nieodzowną częścią. Tak, to był jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Właśnie dla takich się żyje. Nie wiem, czy jeszcze tam wrócimy, pewne tematy muszą pozostać legendą. Normalnie mam łzy w oczach, serio.

 

 

Olga i Norbert Wojtokas, Ania i Jarek Urbańscy, dzięki za udostępnienie części Waszych zdjęć. Pozdro.

 

isla030516_01 isla030516_02 isla030516_03 isla030516_04 isla030516_05 isla030516_06 isla030516_07 isla030516_08 isla030516_09

isla030516_10 isla030516_11 isla030516_12 isla030516_13 isla030516_14 isla030516_15 isla030516_16 isla030516_17 isla030516_18 isla030516_19 isla030516_20 isla030516_21 isla030516_22 isla030516_23 isla030516_24 isla030516_25 isla030516_26 isla030516_27 isla030516_28 isla030516_29 isla030516_30 isla030516_31 isla030516_32 isla030516_33 isla030516_34 isla030516_35

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy, sam też stoję trochę z boku, wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć, już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

25 myśli nt. „Z cyklu co zobaczyć na Filipinach. Jeden z najpiękniejszych dni w życiu – wyspa Selinog, Zamboanga, Filipiny”

  1. Nie mam doświadczenia z kamerkami ale utopiłem parę aparatów z powodu nieszczelnej obudowy i kupiłem Olympusa TG który sam w sobie jest wodoszczelny do 15 m i obudowę od 3 lat mam spokój robi piękne makro dobre filmiki tylko zoom optyczny x5 pozdrawiamy

    1. Dzięki Piotrek, no to jest właśnie wodoszczelny głupek wiodącej firmy. Rozważamy, ale szukamy też rozwiązania niskobudżetowego. Pozdro :-)

    2. Takie pytanie zadałem „Masz jakieś przemyślenia na temat kamerek pod i nad wodnych z CHIN ? Z zoomem. ” I oto odpowiedź ” Jest ich od cholery, ale tylko HERO działa.”

  2. My uzywamy od ponad pol roku sj4000 kupione w indonezji po zatopieniu aparatu sony w pokrowcu dicapac ktory chyba byl droższy niz podroba gopro

    1. Nie brakuje zooma? W GoPro też nie ma, więc nie wykluczam aparatu, ale 1. cena, 2. wodoszczelność do 15 metrów. Obudowa S7000 to chyba dwa razy tyle. Dawno nie nurkowaliśmy, ale warto mieć tę opcję w kieszeni.

    1. Jeżeli chodzi o kamery to skłaniamy się ku chińszczyznie. Kompletne zestawy to jest koszt poniżej 400zł, do przeżycia, jak okażą się niewydolne.

  3. GoPro ma niezla jakosc, ja jestem z niej bardzo zadowolony, ale… przez ta jakosc karta pamieci szybko sie zapelnia, a i tak nie mam sprzetu zeby ta zajebista jakosc ogladac.
    Jednak nastepna kamerke i tak kupie gopro ;)

    1. Try Google Translate, mate. Not the same when it comes to wordcraft but the meaning is more or less conveyed. We need to go both languages, I know. Cheers :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *