Wielkanoc na Filipinach – Wielki Piątek, Droga Krzyżowa i wielotysięczny tłum na procesji w miasteczku Bantayan

Poprzedniej wiosny byliśmy bardzo zawiedzeni koniecznością ewakuacji do Bangkoku tuż przed zbliżającą się Wielkanocą, do której przygotowania były już rozpoczęte, a okołoświąteczne aktywności w zasadzie w toku. Decyzja była wtedy podyktowana faktem, że kończyła nam się ważność wizy, a jej przedłużanie na kolejne dwa miesiące tylko po to, by zostać tydzień dłużej nie kalkulowało sie ekonomicznie.

 

Zatem na nadchodzące  tegoroczne święta oczekiwaliśmy z ekscytacją dodatkowo potęgowana opowieściami miejscowych o ich wyjątkowości akurat na Bantayanie, na który zjeżdżają sie na tę okazję tysiące Filipińczyków z całej prowincji.Powodem tej popularności ma być jakoby okoliczność, że hierarchowie kościelni wspaniałomyślnie rokrocznie udzielają gościom grupowej dyspensy, co oznacza, że wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i hucznej zabawy na wyspie niby nie obowiązuje. Część osób, które o to zagadnąłem potwierdziła, inni w ogóle nie wiedzieli o co chodzi, niektórzy stanowczo zaprzeczyli. Osobiście uważam, że udzielanie dyspensy akurat w Wielki Piętek jest mocno kontrowersyjne, dlatego nie do końca chce mi się w nią wierzyć. A nawet gdyby miała to być prawda, to myślę, że decyzja była wymuszona – tłum tradycję miał w nosie, więc po co narażać podstawowe zasady na śmieszność.

 

Okazało się, że Wielkanoc ma na Bantayanie dwa zasadnicze aspekty. Nazwijmy je sobie roboczo obrzędowo-sakralnym oraz towarzysko-rozrywkowym. Rozróżnienie jest zasadnicze dla kogoś, kto rozważa przyjazd któregoś razu w tym właśnie okresie.

Zacznijmy od aspektu pierwszego. Pisałem tu kiedyś o mszy, na jakiej miałem przyjemność gościć w Filipińskim Kościele Niezależnym. Było to przeżycie fascynujące i otwierające oczy. Od tamtego czasu zawsze spoglądam ciepłym okiem na miejscowych wiernych, bo jakoś tak wtedy do mnie dotarło, że może istnieć coś takiego, jak religijna zbiorowość z ludzką twarzą. Ale to trochę inny temat, może kiedy indziej.

 

Tym razem wybraliśmy się z Monia parokrotnie na północ wyspy by uczestniczyć, a właściwie przyjrzeć się uroczystym procesjom wąskimi uliczkami Bantayanu. Są to co roku rozdmuchane ceremonie, w których kulminacyjnym punkcie, czyli procesji wielkopiątkowej bierze udział od dwudziestu do nawet trzydziestu tysięcy osób, co biorąc pod uwagę rozmiary mieściny jest liczbą ogromną, wręcz przytłaczającą.

 

Już wczesnym popołudniem ruch przeorganizowano tak, że by dostać się do rybnego targu objechaliśmy okolice chyba dokładniej, niż kiedykolwiek wcześniej (nota bene ryby nie kupiliśmy bo przy okazji świąt ceny podniesiono o 150%, poczekamy parę dni).  Porządku już od rogatek pilnują sprowadzone z Cebu policyjne posiłki, wymachujący wszystkimi kończynami dyżurni ruchu i uzbrojone w karabiny maszynowe oddziały SWAT, ci ostatni nie wiem po co.

 

W kierunku centrum ciągnie się kilometrowy korek małych pojazdów transportowych, tricykli, jeepneyów i samochodów, na szczęście motorkiem połyka się je szybko i z satysfakcją. Z parkingiem o dziwo nie ma problemu, służbiści co prawda pokrzykują, co nas początkowo nieco zmartwiło, ale okazało się, że próbują zakomunikować, że wybrana miejscówka to nie parking i zostawiamy sprzęta na własną odpowiedzialność. Innych pojazdów było wokół zatrzęsienie, a o parkingu strzeżonym to chyba w ogóle tu nie słyszałem, wiec wybór był prosty.

 


korek w Bantayanie, Wielki Piątek from Poluzuj tam gdzie cie cisnie on Vimeo.

 

Epicentrum wydarzeń to pohiszpański centralny plac, nad którym króluje imponujący, zbudowany z koralowych bloków szesnastowieczny katolicki kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła, który się tajfunom sie kłania. Ścisk w miasteczku jest rokrocznie taki, że tradycyjna Droga Krzyżowa utknęłaby na pierwszym zakręcie, więc zainscenizowane na wielkich jeżdżących platformach jej kolejne stacje poprzeplatane innymi biblijnymi scenami przemieszczają się tempem kulawego ślimaka między tłumem głównymi uliczkami miasta.

 

Niektóre z tych instalacji miały tak okazałe rozmiary, że mężczyźni wyposażeni w długie drewniane tyczki zakończone rozwidleniami w kształcie procy unosili nimi przewody wysokiego napięcia tak, by inscenizacje mogły przejechać pod nimi. Przed platformami z duma kroczą urzędujący oficjele i zamożne rodziny będące ich fundatorami, znacznie wyróżniające się wśród ziomków gabarytami i fizjonomią. Często odnoszę podobne wrażenie w innych rejonach świata. Nie wiem na ile zamożność budzi tu niezdrowe uczucia, lud wszak wokół raczej biedny, ale wydawało się, ze przynajmniej publicznie darzona jest szacunkiem i traktowana z respektem. Muszę popytać jak na ten temat patrzy się pod strzechami.

 

Wracając do ruchomych instalacji: nie znam sie niestety na rzeźbie, acz wydaje mi się, że potrafię dostrzec fundamentalną różnicę formalną i estetyczną miedzy Jezusem z Rio i tym Świebodzińskim. Figurom z Bantayanu, choć wykonanym niezwykle misternie i z pewnością ogromnym nakładem pracy, sił i środków bliżej było jednak do tego drugiego.

 

Złośliwy mógłby pokusić się o stwierdzenie, że na tych poruszanych siłą miejscowych mięśni platformach, zasilanych z toczonych przed nimi na prowizorycznych wózkach buczących agregatów prądotwórczych serwuje się mniej wymagającej publiczności tanią artystyczną papkę będącą mieszanką jaskrawości przerysowania i dosadności. Sam nie zdecydowałbym się na tego rodzaju obcesową opinię z dwóch powodów.

 

Po pierwsze zupełnie nie posiadłem talentu plastycznego i przyznaję, że prędzej obsmarkałbym się na truskawkowo, niż nawet zbliżył do poziomu reprezentowanego przez miejscowych. Plastelinowe ulepki w podstawówce, mimo ambitnych planów w głowie, wstyd było pokazywać komukolwiek, najlepiej chyba wyszedłby mi ziemniak. Słaba to pozycja  by wyrażać się niepochlebnie o czyjejś pracy i zaangażowaniu, tym bardziej, że efekt ze względu na swoją specyfikę zrobił na nas i tak ogromne wrażenie.

 

Drugi powód jest taki, że poczucie dosłowności mogło wynikać ze znajomości tematu. Były to wszak sceny, które w naszym kręgu kulturowym są oczywiste dla większości, symbolika jest jasna, postacie znajome, odniesienia zrozumiałe, a skojarzenia trafne. Łatwo wtedy o zarzut, ze brakuje nieco niedopowiedzenia, ale w sztuce sakralnej nie do końca o to przecież chodzi, zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z nie do końca wyrobioną z różnych przyczyn publicznością. Na procesjach i scenach w świątyniach buddyjskich, a jeszcze częściej hinduistycznych spotyka się człowiek z pokrewnym rodzajem estetyki, a wtedy chodzi z palcem przy brodzie i udaje, że docieka ukrytych w tysiącu symboli znaczeń, bo wszystko jest świeże, nowe i tajemnicze. W Europie czasem nieco pejoratywnie mówi sie o estetyce odpustowej, a co? A jest to jakieś zło?

 

Więc te jeżdżące instalacje bo w połączeniu z łuną niesionych przez wiernych świeczek godną Święta Zmarłych i przy akompaniamencie towarzyszących im orkiestr i zespołów muzycznych jest to jest przedstawienie z rozmachem nawet dla bądź co bądź postronnego, niezaangażowanego światopoglądowo obserwatora, a i miejscowi chętnie fotografują uroczystość coraz powszechniejszymi chińskimi tabletami. Elektronizacja życia młodzieży nawet na prowincji postępuje w tempie zatrważającym.

 

Na uliczkach i placu kłębi się gęsty tłum, bo brakuje przestrzeni, by pomieścić aż taką liczbę zainteresowanych. Pomiędzy wiernymi przeciskają sie sprzedawcy wody i przekąsek, kobiety i dzieci z powodzeniem handlują woskowymi świecami, wszystko w dymie przywiewanym przez bryzę znad okolicznych grillowisk i spowite nim w taki sposób, że poświata instalacji nabiera magicznego charakteru. Patrzymy na to z zachwytem i wzruszeniem na przemian z takiego podwyższenia, które Monia wcześniej upatrzyła sobie do fotografowania, i z którego mieliśmy dobry pogląd na sytuacje.

 

Sam grób Chrystusa był olśniewający, i to również dosłownie, za sprawą wyjątkowo intensywnej iluminacji. Nie widziałem jeszcze nigdy niczego na tę skalę, a trochę sie tych mogił obejrzało. Okazuje się, że można zrobić coś efektownego i inspirującego bez potrzeby odwoływania się do chorej symboliki a’la ksiądz Jankowski. Podobnie mocno na emocje zadziałała chwilę wcześniej scena ukrzyżowania, którą zaprezentowano przy akompaniamencie głośniej i mocnej żałobnej muzyki wykonywanej na instrumentach dętych. Przypomniała mi się, w sumie nie wiem dlaczego, scena pogrzebu Kwinty z ‚Vabanku’.

 

Po procesji zrobiliśmy jeszcze małą rekonesansową rundę po mieście, zahaczyliśmy o kościół w którym miejscowi rzemieślnicy rozpoczęli właśnie nocne czuwanie przy grobie, a przejęci parafianie ustawiali sie w kolejce by dotknąć i ucałować nagi krzyż, baty, młotek, gwoździe, włócznie i inne narzędzia kaźni Jezusa. Nie spotkałem sie wcześniej z podobnym obyczajem. Wielu parafian przeżywało ten obrząd na tyle emocjonalne, ze fotografowanie było niezręczne, zatem ograniczyliśmy sie do minimum. Wszystkie obrazy i rzeźby na codzień zdobiące ściany świątyni i ołtarz zasłonięte były fioletowym, adwentowym kirem.

 

Miasteczko opuszczaliśmy około dziewiątej, gdy część oficjalna dobiegła końca, a na placu trwał wielki gwarny piknik, dzieciaki skrzypiały żelaznymi huśtawkami, dorośli rozprawiali przycupnięci gdzie się dało, stylowo wystrojona młodzież grupowo przemieszczała się po parku z niepokornymi minami, a kolejki do stanowisk grillowych, piekarń z łakociami, knajp i w ogóle jakiegokolwiek czynnego przybytku zdawały się nie mieć końca. Wielkanoc jest raz do roku, a taka z dyspensą to już w ogóle tylko tutaj. Jak nie bawić się teraz, to kiedy? Więcej o zabawie w osobnym wpisie. Zapraszamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jezus skazany na śmierć.

 

 

 

 

 

 

 

Pierwszy upadek Jezusa.

 

 

Jezus spotyka swą matkę.

 

 

 

Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi
Święta Weronika ociera twarz Jezusa

 

 

Jezus upada pod krzyżem po raz drugi
Jezus pociesza płaczące niewiasty
Jezus z szat obnażony
Jezus przybity do krzyża
Jezus umiera na krzyżu
Jezus zostaje zdjęty z krzyża
Jezus złożony do grobu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

14 myśli nt. „Wielkanoc na Filipinach – Wielki Piątek, Droga Krzyżowa i wielotysięczny tłum na procesji w miasteczku Bantayan”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *