Chaing Mai, Tajlandia – słonie i trekking w górach

To może parę słów o trekkingu w górach. Generalnie czujemy niedosyt, bo było mało chodzenia. Przed wyjazdem szukaliśmy butów na tę okazję itp, dobrze, że nie kupiliśmy, bo adidasy spokojnie dały radę. Było nas razem jedenaścioro, czwórka z Francji, troje Hiszpanów i nas czworo. Kondycja na Starym kontynencie siada, Hiszpanie, aktualni mistrzowie świata i Europy w piłce nożnej, ledwo wczłapali się do wioski, w której w przepięknej scenerii znajdował się szałas, w którym nocowaliśmy i polowa kuchenka (wiadro z węglem) na której nasz przewodnik przygotował kolację).Wcześniej pojeździliśmy na słoniach, oczywiście znów miałem z tym mały problem i mieszane uczucia, ale stwierdziłem, że jest to jakaś szajba, która zmierza w kierunku braku akceptacji dla jazdy konnej, albo niezabijania komarów, więc odpuściłem i cieszyłam się chwilą. Słonie wyglądały na zadowolone, zadbane i z radością żarły banany, których dwie siatki zakupiliśmy uprzednio od lokalnej ludności usadowionej strategicznie na platformach przy trasie przemarszu. Ekscytujący był moment, w którym kierowca słonia zeskoczył z bestii, żeby zapalić skręta z dziwnie wyglądających liści a słoń ruszył pod górę samopas z nami na grzbiecie. Wszystko dobrze się skończyło, a susz okazał się być liśćmi bananowca, paliliśmy później, mało smaczne, efektów brak.

Góry, jak wiadomo są zajebiste, nawet w upale, tym bardziej, że zrobiliśmy dwa przystanki na kąpiele w wodospadach. Czad. Po uporaniu się z paroma podejściami i odwiedzeniu po drodze małej wioski, zrobiliśmy tradycyjnie imprezę na szczycie wzniesienia, na którym nocowaliśmy. Mieliśmy, że tak powiem, własne zaopatrzenie, ale z ciekawości nabyłem od miejscowych butelkę wioskowego mętnego bimbru o dumnej nazwie rice whisky. Powiem tylko, że odpiliśmy na próbę, ale niestety było to doświadczenie dla kubków smakowych nieciekawe.

Drugiego dnia znów poszliśmy w góry i znów, jak dla nas, było mało wędrowania w wędrowaniu. Spodziewaliśmy się, że będzie dużo więcej i że dużo bardziej się zmęczymy. Zajebisty był za to spływ bambusowymi tratwami, raz spokojna rzeka, a momentami bardzo wartkim skalistym górskim potokiem. Zadowolenie niby jest, ale pochodzilibyśmy więcej. Mamy jeszcze chyba dwie podobne wycieczki w planach, więc mam nadzieję, że jeszcze się nachodzimy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *