San Juan, Siquijor, Filipiny – Pożegnanie z wyspą Siquijor, lechon baboy cebuano, ostatnie migawki z Wyspy Ognia. Dzięki i do zobaczenia ekipa!

Chciałem w ramach kontynuacji wakacyjnego marazmu na blogu wrzucić ostatni gotowy materiał jeszcze z wyspy Siquijor. Tuż przez kliknięciem ‘Opublikuj’ stała się rzecz, którą nie do końca rozumiem i całą twórczość wykatapultowało w kosmos. Myślałem, że mnie szlag trafi, zwyczajnie żal człowiekowi wspomnień, a nie spisane są ulotne.

 

W dwóch ostatnich zdaniach proszę docenić ogładę i delikatność określeń, bo na usta cisnęło się słownictwo z zasobów zupełnie innego rejestru. Postanowiłem jednak już tu w Santa Fe na szybko odtworzyć z pamięci te kilka ostatnich migawek z wyspy, na którą bardzo chcielibyśmy któregoś dnia wrócić. Najprawdopodobniej już niedługo. No, to do rzeczy.

 

Początkowo martwił nas nieco brak dużego centralnego targu na wyspie, do jakiego przyzwyczaił nas Bantayan. Rozwiązanie szybko znalazło się samo w postaci straganów ustawionych przy drogach wzdłuż osad rybackich. Jest ich na tyle dużo, że trzeba mieć pecha, by przy okazji popołudniowej rekonesansowej rundy po okolicy nie wypatrzeć czegoś interesującego.  Zwykle wybieramy większe sztuki, bo łatwiej je filetować, a gdy trafiają na grilla w całości wygodniej usunąć grube skostniałe ości. Z dużych kilkukilogramowych tuńczyków Monia z coraz większą wprawą wyczarowuje sashimi, tatara i carpaccio. Marynowane w sosie sojowym krwiste steki mógłbym jeść codziennie.

 

Ale wiadomo, że człowiek zatęskni czasem za czymś bardziej swojskim, a pokusy są przecież również po to, by im czasami ulegać. A że na wyspę dotarli poznani przed rokiem w Santa Fe Darusie, a później ich fińscy przyjaciele, znów zrodził się pomysł na ucztę z przytupem. Zrzuciliśmy się w szóstkę na dwudziestopięciokilogramowego świniaka i poprosiliśmy miejscowych chłopaków, by dali z siebie wszystko.

 

Prosię zostało przyprowadzone na sznurku i uwiązane w obejściu po drugiej stronie drogi na kilka dni przed planowaną wyżerką. Niestety popełniliśmy z Monią prosty błąd taktyczny i poszliśmy któregoś popołudnia w odwiedziny. W życiu bym się nie spodziewał, ale na poważnie zrobiło nam się bardzo żal zwierzęcia i gdy tak patrzył prosto w oczy przysiągłbym, że z jego wzroku można było wyczytać świadomość tego, co miało nastąpić, a w nas obudziły się wątpliwości. Na szczęście gdy ujrzeliśmy świnię po raz kolejny była już martwa, ogolona i wypatroszona, a kucharze zaszywali w jej brzuchu aromatyczne zioła, przyprawy i marynatę, umilając sobie to piątkowe popołudnie zimnym piwkiem zagryzanym smażonymi siekanymi wnętrznościami zaprawionymi krwią.

 

Wiele razy zachwycałem się filipińską pieczoną świnią, ale ta chyba była dotychczas najlepsza, doskonale upieczona by mięso samo odpadało od kości, z tradycyjnie chrupiącą, skarmelizowaną skórka, grubą soczystą szynką, łatwo wyłamującymi się żeberkami, pycha. A za namową gospodarza rozłupaliśmy czaszkę by delektować się delikatnym pieczonym móżdżkiem o konsystencji lekkiego, puszystego pate. Brakowało tylko świeżego pieczywa. Mięsa znów zostało nam na kilka kolejnych dni.

 

Nie mogę nie wspomnieć o naszych gospodarzach z San Juan – urodzonej w RPA Szkotce Cathrine i jej filipińskim partnerze Adocie. Cathrine zasadniczo z dość zawiłym życiorysem, wieloma sprawami na głowie i paroma otwartymi projektami w okolicy. Na szczęście również z cenną  umiejętnością stawiania życiu czoła. Jej ojciec, w młodości zapalony płetwonurek, znalazł kiedyś u wybrzeży Republiki Południowej Afryki kufer ze skarbem w postaci drogocennych monet, z których kilka zachował dla siebie, trochę rozdał dzieciom i rodzinie, a część sprzedał za pośrednictwem domów aukcyjnych w Londynie. Absolutnie fascynująca i niewiarygodna historia z sympatycznym starszym panem w roli głównej. Adot w przerwach w amatorskim muzykowaniu ukończył na wyspie szkołę gastronomiczną, a Monia z zaciekawieniem towarzyszyła mu w kuchni, czego widać efekty, bo tradycyjne filipińskie dania jak Adobo, czy Sinigang na Sampalok wcześniej nie wychodziły tak apetycznie.

 

O okolicznościach poznania typa wspominałem kiedyś na Facebooku. Podszedł do nas pierwszej soboty na potańcówie i zapytał, czy może nam postawić rum z colą. U nas z rumem z colą jest tak samo jak z pacierzem – nie odmawiamy. Acz zdziwiliśmy się nieco, gdy wrócił do stolika z butlą miejscowego Tanduaya, litrem Coca-Coli i szkłem. Może czuł się nieco winny, bo wcześniej tego samego dnia wypłynęliśmy jego łódką na ryby i snorkeling. Po podniesieniu kotwicy przed powrotem wiatr zerwał się taki, że w parę chwil, w trakcie których chłopak bezowocnie mocował się z silnikiem zwiało nas paręset metrów w kierunku otwartego morza.

 

Informację, że silnik umarł na dobre i komendę ‘do wioseł’ uznaliśmy początkowoto za kiepski dowcip. Ale po krótkiej refleksji i ogarnięciu sytuacji rozumem posłusznie zabraliśmy się za dymanie. Problem był taki, że przy każdym mocniejszym podmuchu jedynym co mogliśmy w wyniku tej nierównej walki osiągnąć było pozostawanie w miejscu. Na szczęście były chwile gdy wiatr przycichał i wtedy małymi kroczkami zbliżaliśmy się do płytszej wody. Akcja trwała spokojnie z godzinę i była męcząca, ale na szczęście był odpływ i gdy woda pod nami zaczęła sięgać do ramion, wskoczyłem po prostu do morza i przyholowałem łajbę do brzegu. Chyba jednak zasłużyliśmy na ten rum. A Adot przyznał po wszystkim, że choć starał się tego nie okazywać, denerwował się mocno, bo w podobnych okolicznościach dziesięć lat temu zaginęło dwóch Holendrów wraz z filipińskimi przewodnikami, głośna sprawa na wyspie.

 

Wycieczki w góry nie nudziły się nigdy, choć coraz rzadziej dawało radę zgubić się na dobre, zwłaszcza jak byłem z Monią, bo sam to bym się nadal potrafił zaplątać we własnym fyrtlu. Taki mam talent. Na filipińskiej prowincji nie istnieje coś takiego, jak zakaz wjazdu do lasu, zresztą w ogóle znaki drogowe to ewenement, a ich występowanie ogranicza się do głównych skrzyżowań miasteczek, wiec rundy wąskimi ścieżkami w dżungli dostarczały wciąż to nowych dawek adrenaliny.

 

Podczas jednego z takich wypadów (akurat byłem sam, bo pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę) przemknął mi przed kołem ogromny jaszczur. Ciekawe, czy zadziałał wówczas efekt taaaakiej ryby, bo przysiągłbym do dziś, że był na oko półtorametrowy.  Po tym incydencie jakby trochę bardziej bałem się zapuszczać w gęste zarośla, zwłaszcza gdy szeleściły. Jaszczur czmychnął na tyle szybko, że fotki i tak nie zdążyłbym zrobić, nawet jakby mój aparat nie zamókł podczas pływanie na przybrzeżnej rafie, pech chciał, że akurat w czasie spotkania z wężem morskim. Monia oddaliła się pospiesznie, ponieważ węże jej nie interesują, a poza tym robiło się zimno ;-)

 

Przy okalającym wyspę podwodnym skalnym urwisku udało mi się za to nakręcić krótki filmik z rekinem (black tip shark) w roli głównej. Niestety dyrektor do spraw artystycznych twierdzi, że niewiele widać i materiał nie nadaje się do publikacji. Te czujne zwierzęta mają dobry węch. Rekin uciekł szybko, wyczuł zapewne, że dzień wcześniej jedliśmy steki przygotowane z jego pobratymców i wolał jednak nie ryzykować.

 

Kontynuując temat adrenaliny, to najsolidniejszego kopa na wyspie dostarczają skoki do wody z kilkunastometrowych klifów w Salagdoong niedaleko miejscowości Maria. Uderzenie o taflę jest nieliche, z wrażenia obrywają się zegarki z nadgarstków. Lekki stres był, przyznaję, jest wysoko. Na szczęście dało radę jakoś ten zegarek wyłowić, choć woda tam jest raczej w czasie przypływu głęboka. Samo miejsce też jest całkiem przyjemne i można miło spędzić dzień, choć odradzam stołowanie się w tamtejszej restauracji – dania są mdłe, bez wyrazu, nieprzyprawione i nie wyglądają apetycznie. Opinia potwierdzona przez kilka osób, zatem nie był to po prostu słabszy dzień, urlop szefa kuchni, czy wypadek przy pracy.

 

W sobotnie wieczory z okazji organizowanych cotygodniowo potańcówek spotykała się na naszym tarasie na biforach i afterach całkiem mocna załoga. Schodziło się nierzadko po kilkanaście osób, wśród których istotną część stanowili miejscowi muzycy zainspirowani rastafarianizmem. Odnoszę wrażenie, że tych nocnych dżemowych sesji nie powstydziłby się nawet Klub Puls, choć u nas zamiast bluesa królowało wtedy reagge. Poza instrumentami tradycyjnymi chłopaki używali wykonanych własnoręcznie z bambusa piszczałek i fletów, z których niewprawnym ustom trudno było w ogóle wydobyć jakikolwiek dźwięk. Nam przypadała zwykle nieskomplikowana robota w sekcji rytmicznej, jakieś tamburyny, grzechotki itp. Fajnie było być częścią towarzystwa, które wspólnymi siłami hałasuje zupełnie przyzwoicie, nawet gdy człowiek miał świadomość, że jego wkład jest, powiedzmy szczerze, symboliczny.

 

Spędziliśmy razem naprawdę sporo fajnego czasu i czuliśmy, jakbyśmy znali się od lat. Zazwyczaj towarzyszyła nam południowoafrykańska plastyczka Jeanne Wassenaar, która wybrawszy się w trzymiesięczną podróż do Azji nie może wrócić od dwóch lat. Jej sztuka dobrze się zresztą sprzedaje online, więc czas właściwie nie goni. O Darkach i Finach wspomniałem wyżej, dodatkowo w międzyczasie wyspę nawiedziła ekipa z Wrocławia, dołączyli Filipińczycy chyba z Manili, a za pośrednictwem Cathrine zaznajomiliśmy się z mieszkającą na wyspie społecznością ekspatów.

 

Poza tym w międzyczasie uformował się Infinity Team, można powiedzieć grupa sportowo-rekreacyjno-dyskusyjno-rozrywkowa zrzeszająca młodzież o rozległych zainteresowaniach i szerokich horyzontach. Tylko nie wiem, jak ja się załapałem ;-) Na koniec wpadła jeszcze Paula, akurat przypadał dzień Świętego Patryka, a właścicielem jednego z pensjonatów jest Irlandczyk… serio, połowę pewnie zapomniałem, bo pod względem towarzyskim działo się naprawdę sporo. W skrócie poznaliśmy świetną międzynarodową ekipę, z którą lepiej się witać, niż żegnać. Do zobaczenia zatem. Dzięki!

 

Tymczasem jesteśmy znów na Bantayanie. W drogę powrotną przez Cebu udaliśmy sie tym samym promem, którym przybyliśmy, tym razem jednak bez ‚atrakcji’ opisywanych wcześniej. Stay tuned, more to come.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *