Pierwsze spotkania z czytelnikami i o blogu ogólnie

Kiedyś umieściliśmy tutaj w bocznej stopce krótkie wyjaśnienie, że
(wspominam z pamięci) w zamyśle blog miał być pisaną na szybko relacją,
skierowaną do rodzimy, przyjaciół i znajomych, z którymi mieliśmy w podróży siłą
rzeczy ograniczony kontakt, a taka forma komunikacji wydawała się
najwygodniejsza. Naturalnie fakt, że stopniowo zaglądało tu coraz więcej osób
bardzo nas cieszył, a dodatkowo bardzo mile łechtał zwyczajną ludzką próżność,
której przecież każdy z nas w sobie odrobinę nosi, jakkolwiek mocno by się tego
wypierał.
Od tego czasu na blogu zaszło kilka gruntownych zmian: przenosiny na
inną platformę, znaczne ingerencje w układ graficzny, zmiana tytułu, mniej lub
bardziej udana próba zintegrowania tematyki podróżniczej z prowadzonymi
wcześniej dwoma kulinarnymi blogami Moniki, syzyfowa walka z leniem, której
efektem jest wprowadzenie polskich znaków diakrytycznych, znaczne
ograniczenie literówek i błędów składniowych wynikających z nieuwagi itp (mamy
teraz nieco więcej wolnego czasu). Proces transformacji trwa i marzy nam się
dostosowany do potrzeb i podlegający większej kontroli szablon, elegancka,
przejrzysta szata graficzna, własny hosting itp, a wszystko wynika ze zmiany
najważniejszej i najmilszej, mianowicie poszerzenia grona odbiorców, fajnie, że
tu zaglądacie. Oczywiście konstruktywna krytyka oraz wszelkie uwagi są zawsze
mile widziane.
Widzę, że zbaczam nieco z zamierzonego kierunku, więc może wyjaśnię skąd
te powyższe wynurzenia. Otóż spotkaliśmy ostatnimi czasy kilka osób spoza grona
pierwotnych adresatów bloga, to znaczy osób uprzednio nam nieznajomych, a które
jakimś zrządzeniem rzeczywistości tutaj
trafiły i kojarzyły zawarte treści i nas jako autorów. Było to niezwykle
miłe.
Pierwszą z takich osób był Sławek, chłopak z Zamościa, który zatrzymał
się w Marikabanie na kilka tygodni w czasie podróży z Tajlandii do Indonezji. W
trakcie tej jego pauzy wyspę nawiedził tajfun, a mocne przeżycia zawsze jakoś
łączą ludzi, mimo, że na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie mamy wiele
wspólnego. Sławek przekazał kilka krytycznych uwag co do nowego szablonu,
zwłaszcza jeżeli chodzi o wygląd bloga na urządzeniach przenośnych (za które
dziękujemy) oraz zasugerował powrót do starej platformy i tytułu, z której to
rady po namyśle postanowiliśmy jednak nie skorzystać.
Drugą ekipą, która wcześniej otarła się o nasze blogowanie, była para
rowerowych podróżników długodystansowych z Inowrocławia. Cecylia i Piotrek są w
trakcie wyprawy rowerowej z Polski, poprzez Azję Środkową i Południowo –
Wschodnią, której pierwotnym celem miały być właśnie Filipiny. Jednak i
im tajfun pokrzyżował nieco plany, bo dowiedziawszy się o kataklizmie, zarzucili
chwilowo pedałowanie, zostawili rowery pod czujnym okiem polskiego konsula w Kuala
Lumpur i już konwencjonalnymi środkami długodystansowego transportu dotarli na Bantayan. Tajlandia
i Indonezja muszą na razie poczekać. Zwróciłem młodym uwagę,
że jak na kilkumiesięczną podróż te dziewięć na obecną chwilę wpisów na blogu to
delikatnie rzecz ujmując nieco uboga relacja, ale odpierają, że w realiach wyprawy rowerowej deficyt czasowy to stan permanentny, a poza tym regularnie
piszą notatki, zatem nic nie idzie w zapomnienie. Przyjmujemy argumenty i
uzbrojeni w cierpliwość czekamy na więcej, piszcie zanim siła żywych emocji
zostanie przytępiona niedoskonałościami pamięci. Póki co, skutecznie
zaraziliście nas Rosją, dzięki.
Przez parę dni gościły też na wyspie dwa małżeństwa wykształconych w
Poznaniu emerytowanych architektów. Grażyna i Marek prowadzą aktualnie wspólnie
z dziećmi Hotel Gorzów (link niesponsorowany :-) ) w Gorzowie Wielkopolskim w województwie, żeby nie było
za łatwo, lubuskim. Zostaliśmy zaproszeni i chyba się wybierzemy, bo Monia ma
tam krewnych, którym od zawsze obiecuje odwiedziny, więc będą dwie okazje na
raz. Maria z Kasprem natomiast zajmują się Warszawie ‘organizacją imprez’,
odniosłem wrażenie, żę byli nieco tajemniczy jeżeli chodzi o szczegóły, więc nie
ciągnąłem za język. W Warszawie bywamy coraz częściej przy okazji wizyt w
Polsce, więc może się uda w jakąś imprezę wstrzelić.
Okazało się, że architekci od dłuższego czasu zaglądają nie tylko na tego
obecnego bloga założonego na potrzeby wyjazdu do Azji w 2012, ale również i te
zapomniane, zaniedbane, traktowane ku ubolewaniu Moni nieco po macoszemu i
kurzące się w czeluściach sieci. Czyli te, które obecnie z lepszym lub gorszym
skutkiem staramy się tutaj wcielić pod zakładkami Kulinaria i Go Sushi (wiem, że
nie wychodzi to najlepiej i staram się czasem nagabywać co raz to innego
znajomego informatyka, ale jest to gatunek wiecznie zajęty). Wyniknęła z tego
zabawna sytuacja, bo Monia była przez grupę traktowana jak kulinarna wyrocznia,
encyklopedia i guru, więc początkowo nieco przytłaczała ją rola i
odpowiedzialność, ale na moje niepotrzebnie, bo przygotowany wspólnymi siłami
pod jej kierunkiem grill u Pauli wypadł bardzo pozytywnie i z pewnością nie
zawiódł niczyich oczekiwań. Państwu również dziękujemy za towarzystwo i
motywujące i inspirujące słowa.Z pobudek egoistycznych nie mogę nie wspomnieć o Piotrku, zamieszkałym w Warszawie, chodzącym własnymi ścieżkami filmowcu z Trójmiasta. Typ pracował i rozwijał się przy wielu polskich produkcjach ostatniego dziesięciolecia (poza oczywiście tymi beznadziejnymi). Robię to naturalnie bardzo interesownie – praca w filmie to wszak nie lada gratka, dobrze by było w charakterze, jako ktoś ważny, najlepiej aktor ;-). Kariera czeka, tylko nie wiem do kiedy. Poza tym Piotrasa czasem można podobno w stolicy spotkać z małpą, więc chętnie skorzystamy z zaproszenia. Pozdro, ziom.

Kolejną z poznanych dotychczas ekip, które miały styczność z blogiem była rodzinka Mrozów, z którą zasiedliśmy u Pauli do Wigilii. Udowadniają niedowiarkom, że dwuletnie dziecko w podróży to niekoniecznie niedogodność, a może być wręcz przeciwnie, zatem wyprawa we troje to wcale nie musi być wielki wyczyn, pod warunkiem starannego planowania i przemyślenia kwestii organizacyjno-logistycznych. Weźmiemy pod uwagę ;-). A jeżeli chodzi o wyczyn, to myślałem, że wiosną powitamy w gronie znajomych pierwszego Ironmana. Okazało się, że dostąpiliśmy zaszczytu już teraz, bo Wojtek zdobył medal, na który wielu spogląda z podziwem w zeszłym roku we Frankfurcie i stwierdził, chyba w jakimś tsunamicznym przypływie skromności, że nie są to nie wiadomo jak wymagające zawody. Dobra, dobra. Ogromne gratulacje, a przygotowującym się życzymy wiele wytrwałości i powodzenia w Klagenfurcie.

Tomka i Małgosię poznaliśmy już na wyspie Siquijor i mimo, że spędziliśmy razem zaledwie dwa wieczory, był to czas mocno inspirujący. Dzieciaki rzuciły dobrze zapowiadającą się pracę w dużej międzynarodowej firmie by spróbować poukładać sobie życie nieco inaczej. Aktualnie mieszkają w Chinach i poświęcają czas na naukę miejscowego, mocno niechrześcijańskiego języka, co o dziwo idzie im imponująco. Przy okazji pogadaliśmy o możliwościach pracy w szkołach języka angielskiego i w Chinach, i w Azji ogólnie, a jest to pomysł, który od jakiegoś czasu sobie w głowie nieśmiało, niespiesznie i niezobowiązująco coraz częściej rozważam. No i jest kolejna motywacja by te Chiny w końcu nawiedzić.No i Artur. Mega zajebisty, przystojny koleś w typie modela, można się zakochać. Dobrze, że w związku, bo normalnie byłbym zazdrosny ;-) Wrocławska załoga pobyła na wyspie wszystkiego razem może z tydzień, ale z ziomem spędziliśmy chyba każdy z możliwych wieczorów. Kolega trunkowy, co nam akurat nie przeszkadzało, w końcu byli na wakacjach. Swoją drogą musi być w tym Wrocławiu coś ciekawego, bo spotykane osoby stamtąd niezmiennie budzą wielką sympatię. Żal się było rozstawać, ale co robić, życie. A ostatnia potańcówa na SanJuańskim boisku do koszykówki to było grupowe mistrzostwo świata. Miejscowi do teraz czasem zagadują na ten temat. Do zobaczenia. Infinity Team rules!

Przy okazji tych spotkań po raz kolejny potwierdziło się nasze
wcześniejsze spostrzeżenie, że na drugim końcu świata jest się dla
towarzystwa wartym dokładnie tyle, ile się sobą w danej chwili reprezentuje. Chodzi mi o to, że w
tak niecodziennych okolicznościach status społeczny, zamożność, wiek, czy
prestiż wykonywanego zawodu schodzą na dalszy plan i ludzie traktują
nowopoznanych towarzyszy jak znajomych, więc albo (częściej) przypadną sobie do
gustu i spędzają czas jak kumple, albo (rzadziej) nie do końca się skumają i
każdy idzie w swoją stronę. Układ prosty i oczywisty, a nie przestaje mnie
fascynować. W podróży po prostu niczego nie trzeba robić wbrew
sobie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4 myśli nt. „Pierwsze spotkania z czytelnikami i o blogu ogólnie”

  1. Slawek
    Tak to prawda..odwiedzajac Filipiny mialem zebrane praktyczne info o wyspie widzialem oczywiscie zdjecia,juz w PL przeczytalem dokladnie calego bloga (od strony do strony) a jak juz znalazlem sie na Bantayan u Grocha gdzie razem mieszkalismy pod jednym dachem przy wieczorku zapoznawczym przy Emperadorze i opowiesci o blogu,zostalem pierwszym czytelnikiem bloga spoza docelowego grona odbiorcow,a spotkanym osobiscie.
    O blogu
    Ciekawe i pomocne info.
    Dobre foty Moni
    Obiektywna prosta skladnia tresci,latwosc czytania i wchlaniania informacji.
    P.s
    Przyzwyczailem juz sie do nowej nazwy i ukladu strony,
    Chodz wczesniejsza nazwa byla….ale ok..
    Stronka swietnie sie laduje na smartfonie.
    P.s 2
    Wczesniej wstawajcie by zamiescic zalegle wpisy i info…..(czytelnicy czekaja)
    pozdro Marychy..
    Na Bali jest tez zajebiscie !!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *