O nas

Kim ty ku*wa w ogóle jesteś, pajacu?

 

 

Nie jest to niestety cytat z adresowanej do nas korespondencji, a tekst Gruchy do Bolca z fajnego polskiego filmu, ale i tak dodaliśmy w końcu na blogu zakładkę o sobie, bo wypada.

 

 

Zatem siema,

Monia i Marych.

 

W listopadzie 2012 wyjechaliśmy z Europy i obecnie, po kilkumiesięcznej podróży po krajach Azji Południowo – Wschodniej, od paru lat mieszkamy na Filipinach. Właściwie bezterminowo, bo nie mamy konkretnych planów, co do ewentualnej przeprowadzki gdzie indziej.

 

 

 

 

Rodzinę, przyjaciół i znajomych w Polsce mamy zamiar odwiedzać w miarę możliwości regularnie, następny planowany termin takiej wizyty to wiosna. Spotkania z czytelnikami bloga nie będzie, bo i tak by nikt nie przyszedł 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to się stało, że w ogóle wyjechaliśmy?

 

Z domu wywiało nas w wieku 18 i 20 lat. Pod koniec ubiegłego wieku w ramach urlopu dziekańskiego uderzyłem z kumplem na studencki wyjazd do Stanów. Plan był taki, że Monia dołączy po roku, gdy zdoła poukładać sprawy na uczelni. Z punktu widzenia trwałości związku było to wtedy ryzykowne, bo znaliśmy się niewiele ponad rok i taka rozłąka w młodym wieku mogła się skończyć różnie, wiadomo o co chodzi. Ale dało radę.

 

Łapaliśmy się tam z kolegą początkowo jakichś przygodnych zajęć w rolnictwie w Connecticut i Massachusetts oraz w ogrodnictwie, bo na południu Florydy było wówczas dużo pracy przy usuwaniu skutków huraganu Georges.

 

Było też budownictwo w Nowym Jorku, a kilka razy udało nam się wypłynąć na kutrze rybackim z Plymouth na zatokę Providence Bay – na marginesie ciężka robota, zimno, mokro, na postoju buja i brzydko pachnie, płacili za to dobrze. Sporo się wtedy działo i trochę się miotaliśmy.

 

Przed przybyciem Moni trzeba było się ogarnąć i znaleźć robotę bardziej na stałe w rokującej stabilność branży gastronomicznej, gdzie potem już razem popracowaliśmy dłuższy czas dochodząc do stanowisk kierowniczych, jeżeli w ogóle można o takich mówić przy zespole w porywach siedmioosobowym.

 

Nie mamy pod ręką zdjęć z tamtego okresu. Były to czasy fotografii tradycyjnej i pamiątkowe odbitki kurzą się pewnie w kartonowych pudłach gdzieś na strychu w Polsce. Trochę szkoda.

 

Po paru latach spędzonych głównie w Nowym Jorku wróciliśmy do Polski. Najważniejszy powód był taki, że czekały tam rozpoczęte studia, ale bez konkretnych planów co dalej. Po powrocie dostałem całkiem fajną jak na tamte czasy fuchę lektora języka angielskiego w prywatnej szkole w Poznaniu i jakoś się potoczyło.

 

Czasowi wolnemu przez te parę lat smaku nadawała przede wszystkim okoliczność, że kupiliśmy sobie motocykle i było zajebiście. Jeżeli chodzi o Monię to z perspektywy uważam, że nie był to pomysł najmądrzejszy, bo poza krótkim epizodem na pożyczonej od kumpla emzecie, nie miała na dwóch kołach doświadczenia, a sprzęt dawał radę. Przeżyła 

 

Przyznaję z udawanym zażenowaniem, że było w tym wszystkim trochę neofickiego zadęcia tzw. kulturą motocyklizmu i całą otoczką – specyficznym enturażem, parkiem maszyn, ubiorem i tak dalej. Lans był, nie powiem, ale z wiekiem się z tego wyrasta.

 

Tu na filipińskiej wyspie ujeżdżamy po pustych drogach małolitrażowe pokraczne motorki w klapkach na nogach, bez kasków, koszulek i spiny i jest z tego tyle frajdy, co za dzieciaka na enerdowskich dwusuwach.

 

 

 

Ale z drugiej strony poznaliśmy przy okazji styczności ze światkiem motocyklowym naprawdę fajnych ludzi, z wieloma kontakt utrzymujemy do dziś, a niektórych mamy zaszczyt nazywać przyjaciółmi. Przy okazji gorąco pozdrawiamy.

 

Nie pamiętam już dokładnie szczegółów, ale w owym czasie obowiązkowa była jeszcze zasadnicza służba wojskowa, a studia chroniły tylko przez ileś tam lat i okazało się, że WKU może mnie chycnąć. Znaczy nie było z ich strony żadnych sygnałów, ale teoretycznie mieli możliwość, a wolałem dmuchać na zimne. Więc wyprzedzając ich ruchy zamierzaliśmy wyjechać do Norwegii, by zbierać materiały do pracy magisterskiej. Taki powód wpisałem we wniosku o przeniesienie do rezerwy i chyba to w końcu klepnęli.

 

Ostatecznie trafiliśmy jednak do Anglii, gdzie Monia miała wstępne rozeznanie, bo była wcześniej na praktykach studenckich, z których uciekły z kumpelą po dwóch tygodniach, bo nie spodobała im się robota i zostały jakiś czas na własną rękę.

 

 

 

 

Postawiliśmy na Londyn, gdzie po uporaniu się z lepszym lub gorszym skutkiem ze studiami spędziliśmy łącznie ponad osiem lat. Bez wchodzenia w szczegóły: zajebiste miasto, bardzo polecam, choć kilkudniowy wypad z Polski to będzie mało i drogo.

 

 

 

Czasy londyńskie to była zupełnie nowa jakość. Trafiliśmy tam wówczas szczęśliwie na wyjątkowy okres jeżeli chodzi o światową koniunkturę gospodarczą, świadcząc proste outsourcowane usługi dla dużych międzynarodowych firm.

 

Mówiąc trywialnie żarliśmy tam resztki z pańskiego stołu, ale że ci panowie to były wtedy jedne z najgrubszych ryb europejskiej finansjery, warto było się po te okruchy schylać nawet za cenę świadomości, że jest się karpiem. Taki był wtedy układ i nam pasował.

 

 

Problem pojawił się gdy zdaliśmy sobie sprawę, że praca, poza przyzwoitą jak na polskie warunki kasą, dostarcza bardzo ograniczonych dawek satysfakcji i jako taka musiała się znudzić.

 

Dodatkowo decyzję ułatwił fakt, że w późniejszym okresie awansowałem i trochę niechcący trafiłem na stanowisko z kupą niewdzięcznej roboty i znacznie większą odpowiedzialnością, a wynagrodzeniem w zasadzie porównywalnym do wcześniejszego.

 

To nas ostatecznie zniechęciło.Mieliśmy ochotę na paromiesięczny resetujący umysły wyjazd do Azji, będący jednocześnie nagrodą za te wszystkie lata pracy. Zasłużoną przerwą w życiorysie zawodowym.

 

Wstępnie wymyśliła i zaplanowała to Monia, ale każda komórka społeczna w procesie decyzyjnym poza dyrektorem kreatywnym potrzebuje również głównego księgowego, a ten był początkowo do rozmachu projektu nastawiony sceptycznie ;-) Wprowadziliśmy jakieś tam drobne korekty i, o ile mnie pamięć nie myli, ostatecznie zdecydowaliśmy się na sześć lub siedem miesięcy.

 

Stało się, jak się stało. Minęły lata, my nadal mieszkamy w Azji i jest zajebiście. Paradoksalnie doszło do sytuacji, gdzie wobec braku w naszym życiu wymagających, stresujących i długofalowych projektów imponują nam osoby robiące spektakularne kariery w ciekawych zawodach, budujący biznes na własnych zasadach, decydujący się na liczne rodziny itp.

 

 

Z kolei z rozmów ze spotykanymi ludźmi i z korespondencji, którą otrzymujemy wyciągamy wniosek, że decyzja o wyjeździe i zamieszkaniu tutaj w jakiś sposób imponuje im. Zatem każdy każdemu po trosze momentami zazdrości na zasadzie szukania zieleńszej trawy po drugiej stronie płotu, ale nikt by się z nikim na poważnie po zastanowieniu nie zamienił. I to jest piękne.

 

 

Pozdrawiamy wszystkich i zachęcamy do kontaktu poprzez formularz na górze strony. Z przyjemnością odpowiemy na wszystkie konkretne pytania. Peace!

 

 

fot. Jeanne Wassenaar

Życie na Filipinach. Azja, Podróże, Gotowanie, Filipiny, Blog.