Koh Tao, Tajlandia – nurkowanie na Koh Tao, szkoły nurkowe i kurs nurkowy PADI. Informacje jak dotrzeć z Koh Samui na Koh Tao

Opuszczamy dziś małą, gościnną wysepkę Koh Tao. Jest trochę smutku, jak zawsze, ale jest też ogromną ekscytacja tym, co ma za rok nastąpić. Nurkowanie było tak zajebiste, że w dzień po ukończeniu kursu dla początkujących zapisaliśmy się na kurs zaawansowany i jesteśmy zarażeni na dobre, a co najważniejsze oboje.

 

Koh Tao to mekka nurkowania w tej części świata, rafy rozciągają się wzdłuż brzegów, szkoły i szkółki nurkowe rozlokowane gęsto w sąsiedztwie każdego praktycznie ośrodka wypoczynkowego. Niewiele więcej się na wyspie dzieje, można trochę pochodzić po górach, wiadomo, że wieczorami poimprezować, ale życie towarzyskie, rozmowy itp. kręcą się wokół wody i tego co pod nią. W związku z tym gros przybywających na wyspę stanowią ludzie zainteresowani sportami wodnymi, w przeważającej większości młodzi i atrakcyjni.

 

Szkółkę nurkowa Simple Life Divers wybraliśmy jeszcze w Polsce korzystając z opinii na TripAdvisorze, nie mogę jej porównać do żadnej innej, bo z żadna inna nie mieliśmy do czynienia, ale jesteśmy zadowoleni. Trafił nam się fajny instruktor, były angielski krykiecista (raz był nawet kapitanem reprezentacji do lat 19), właściciel szkółki (też Anglik) też bardzo w porządku. Poziom tak zwanych wykładów był mocno średni, widać było, że nasz instruktor nie wierzy zbytnio w siłę edukacji teoretycznej, w klasroomie był bardzo lakoniczny, za to na łodzi, że sprzętem wytłumaczył nam kilkakrotnie wszystko bardzo wyraźnie i dokładnie.

 

Pierwsze ćwiczenia odbyliśmy w płytkiej wodzie ucząc się podstaw, czyli oddychania, awaryjnej zmiany regulatora (czyli tego ustnika, z którego czerpie się powietrze), zdjęcia i powtórnego nałożenia maski pod woda i wydmuchania z niej wody, zupełne przedszkole, ale przećwiczone solidnie. Już tego samego dnia popłynęliśmy też trochę nieplanowo na płytka rafę, ogólnie super, ale Monia nie była przekonana. Właściwie to słabe słowo, bo w rzeczywistości była przerażona faktem, że następnego dnia mieliśmy schodzić na 12 i 18 metrów.

 

img_2129No więc tego następnego dnia budzę się o 5 rano, właściwie przebudzam, bo wstajemy dopiero na siódma i widzę, że Monia zamiast spać, siedzi w internecie. Pytam się o co chodzi, a ona na to, że jest tak zdenerwowana i boi się tego dzisiejszego zejścia, że w ogóle nie może spać zamiast bezowocnie zmuszać się do zaśnięcia porobiła wszystko, co miała do zrobienia w sieci i przeczytała podręcznik. Trochę mi jej było żal, ale co było robić, pomyślałem, że sama musi przecież zdecydować, czy chce to robić. Ale wypłynęliśmy, instruktor powtórzył z grubsza teorie i procedury, założyliśmy zapewnione przez szkółkę kombinezony (z krótkim rękawkiem i nogawkami), nałożyliśmy sprzęt i po raz pierwsze zeszliśmy na głębsza wodę. Było to jedynie 12 metrów, ale wyglądało, jakby było znacznie głębiej.

 

Monia dzielnie spokojnie i bez paniki opuszczała się po linie, wszystko szło super, wyrównywanie ciśnienia w uszach, wydmuchiwanie wody z maski, no super. No ale przy rafach kwitnie życie morskie różnorakiej proweniencji, Monia boi się właściwie każdego stworzenie (znaczy wtedy się bala, teraz już kocha głębię mocniej niż ktokolwiek inny), najbardziej meduz i tego co ją dotyka niespodzianie.

Wśród tych morskich stworzeń żyją także rybki czyścicielki, które żywią się tym, co znajdą na skórze innych organizmów.

 

Tak się złożyło, że Monia miała na łokciu nie do końca zaleczone otarcie , czyli płytki uraz z dużym strupkiem, który to strupek rozmoczył się dodatkowo w słonej wodzie. Taki rozmoczony strupek to dla czyścicielek nie lada gratka, więc prędko ją zlokalizowały i zaczęły dziubać. Nie wyglądało to jednak na delikatne skubanie w stylu tych akwariowych rybek obgryzających w kontrolowanych warunkach naskórek za stóp, ale właśnie takie dziubanie o wyglądające na dość agresywne odrywanie kawałków tego strupka (żeby to nie brzmiało zbyt dramatycznie napiszę, że rybki, a właściwie jedyną pozostała, miała może z 5, no może 10 centymetrów).

 

Tak czy inaczej zaniepokoiłem się nieco, bo myślałem, że Monia spanikuje, bo nie wiedziała co jest grane (strupek był z tyłu łokcia, dla niej w masce niewidoczny). Widziałem, że paniczne łapie się za ten łokieć podpłynąłem do niej, zobaczyłem wielkie z przerażenia oczy i starałem się ją gestami uspokoić i pokazać w wodzie agresora. Jakoś się udało, zostaliśmy pod woda do końca, ale i tak na powierzchni opisała to jako jedno z najgorszych przeżyć kiedykolwiek. Widać te inne przeżycia nie mogą być aż takie straszne. Od tego pierwszego nurka Monia nie założyła już więcej krótkiego kombinezonu, a zakładała kupiony z obawy przez meduzami jeszcze w Polsce długi.

 

To wiele zmieniło, właściwie zmieniło wszystko diametralnie, bo zamiast strachu, zaczęło się czerpanie coraz większej i większej przyjemności. Drugie zejście pod wodę tego dnia było punktem przełomowym, odtąd było już coraz lepiej. Po powrocie zrobiliśmy jeszcze sesje teoretyczna i zaliczyliśmy test. Został nam trzeci dzień kursu, znów dwa nurkowania na 18 metrów, sama przyjemność. Z naszej pięcioosobowej grupy, jedną z dziewczyn zdecydowała się na kurs zaawansowany, o którym z nią wcześniej rozmawialiśmy, Monia mówi, że powinniśmy też robić coś takiego, dwa razy nie trzeba było powtarzać. Z tej piątki ostatecznie zdecydowały się cztery osoby i to tylko dlatego, że jedną następnego dnia wyjeżdżała. Na kursie zaawansowanym robiliśmy ćwiczenia kontroli pływalności w takim podwodnym parku, przepływanie przez pętle, slalomy górą-dół, zawieszanie się w wodzie poziomo, pionowo, wahadełka jakieś, po prostu ćwiczenia.

 

Po powrocie na powierzchnię okazało się, że w okolicy jest rekin wielorybi, ogromną ryba wokół której pływają stada mniejszych. Udało nam się go zlokalizować. Wrażenie po prostu ogromne, sztuka nie była podobno największych rozmiarów, ale dla nas to był kosmos. Delikatnie i z gracja poruszający się w wodzie kilkunastometrowy, pięknie ubarwiony gigant robił imponujące wrażenie. Że spokojem można było do niego podpłynąć. Cały spektakularny pokaż metr, może dwa pod powierzchnią. Absolutnie fascynujące.

 

Robiliśmy też ćwiczenia z podwodnej nawigacji z kompasem, okazało się to łatwiejsze, niż myśleliśmy, bez problemu pokonywaliśmy wyznaczane trasy i odnajdywaliśmy punkty orientacyjne, daje to dużo satysfakcji. Wieczorem zeszliśmy pod wodę po zmroku, Monia znów była lekko przerażona, jedyne co było momentami widać to wątle światło podwodnych latarek, łatwo było przez pomyłkę dołączyć do innej grupy itp., ale obyło się bez przygód. W sumie fajnie to było przeżyć, ale podobało nam się jednak mniej niż nurkowanie za dnia.

 

Następnego dnia od rana znów lekkie zdenerwowanie, bo po raz pierwszy mieliśmy zejść na głębokość trzydziestu metrów, ale znów wszystko poszło gładko, nie zauważyliśmy właściwie większej różnicy niż na 18 metrach, ciśnienie, pod warunkiem właściwego wyrównywania w uszach, nie daje się we znaki. Drugie nurkowanie to zatopiony przez tajska marynarkę wrak okrętu wojennego, nie mogliśmy oczywiście za względu na brak treningu wpłynąć do wnętrza, ale nawet takie zwiedzanie z zewnątrz, mostek kapitański, stanowiska strzelców, pokłady sprawiają dużo frajdy. Jesteśmy oficjalnie zarażeni i wstępnie dogadani z właścicielem naszej szkółki. Planujemy w przyszłym roku wrócić na wyspę na kilkumiesięczne nurkowe praktyki połączone z możliwością wyrobienia każdego możliwego certyfikatu w nurkowaniu rekreacyjnym. Osobiście uważam, że jest to plan genialny.

 

Poza nurkowaniem, jak pisałem, na wyspie za dnia niewiele się dzieje. Plażowaliśmy zatem, poświęcając dużo czasu na snorkeling, choć po doświadczeniu nurkowania to już nie jest i nigdy nie będzie to samo. Ale było całkiem sympatycznie, porobiliśmy parę podwodnych zdjęć, czego nie udało nam się zrobić nurkując, bo nasz spacjalnie kupiony na wyjazd podwodny aparat marki canon okazał się bublem wytrzymującym ciśnienie do dwóch atmosfer, czyli dziesięciu metrów, czyli jest właściwie do nurkowania bezużyteczny. I tak go wezmę kiedyś głębiej, żeby pokazał na co go stać, najwyżej przecieknie, ale w sumie w czasie nauki nie mieliśmy głowy, by dodatkowo robić zdjęcia. Snorklując w zatoce Sharks Bay udało nam się wypatrzeć dwa albo trzy rekiny, ale że byliśmy na powierzchni, było dość głęboko, rekiny przy dnie, do tego płochliwe, a woda miała bardzo słaba przejrzystość, na zdjęciach niewiele widać. Trochę szkoda, ale co się odwlecze…

 

Mieszkaliśmy przy Sairee Beach, więc nie mogliśmy za to narzekać na brak rozrywek nocnych, z czego chętnie korzystaliśmy, tym bardziej, że w czasie kursu i w szkółce poznaliśmy super ekipę. Miejsce jest na tyle małe, że idąc gdziekolwiek nie da się nie spotkać znajomej facjaty, a ludzie na plaży i w barach są otwarci i sami bardzo łatwo zawierają znajomości. Tu się nie będę rozpisywał, bo ile można pisać o imprezach, Monia pewnie wklei zdjęcie, albo dwa.

 

Wart wspomnienia jest jednak High Bar, około godziny przyjemnego spaceru od Sairee (taksówka 40zl), w którym, co jest chyba na wyspie tajemnicą poliszynela, poza tradycyjnym barowym asortymentem, dostępne są również innego typu używki. Miejsce bardzo klimatyczne, dość wysoko na klifie, z pięknym widokiem na zatokę i zachody słońca, do tego bardzo interesująca i, co ciakawe, zróżnicowana, klientela. Fajne miejsce.

 

Zatem plan jest taki, że wracamy na Koh Tao za rok, no chyba, że coś po drodze zauroczy nas jeszcze bardziej. Gdyby nie fakt, że w kwietniu i tak musimy być w Polsce i mamy zaplanowaną i częściowo opłacona dalszą podróż, to pewnie zastanawialibyśmy się czy nie robić tych praktyk od razu, a najpewniej byśmy je właśnie rozpoczynali. Kto by pomyślał. Tymczasem po raz drugi rozstajemy się na jakiś czas z gościnną Tajlandią, za pół godziny samolot z Koh Samui zawiezie nas na wyspę Penang w Malezji.

img_2136img_2134 img_2133 img_2131 img_2127p1010914 p1010017-copy img_2808 p1010005-copy p1010016-copy img_2770 img_2763 img_2758 img_2755 img_2784 img_2459 img_2419 img_2352 img_2350 img_2355 img_2374 img_2258-copy img_2254-copy img_2251 img_2230-copy img_2228-copy img_2190_1 img_2167_1 img_2163_1 img_2157_1 img_2147_1 img_2137_1 img_2112 img_2104 img_2098

Rafa koralowa na Koh Tao

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

 

Prom z Koh Samui na wyspe Koh Tao, niezależnie od operatora (Seatran Discovery, Lomparayah) kosztuje 600-650 bht /os. Podróż trwa 2 godziny.

 

Slow boat na Koh Tao kosztuje 450/os, podróż trwa 2,5 godz.

 

Ostatni prom z Koh Samui odpływa o 13:00
czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy, sam też stoję trochę z boku, wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć, już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

2 myśli nt. „Koh Tao, Tajlandia – nurkowanie na Koh Tao, szkoły nurkowe i kurs nurkowy PADI. Informacje jak dotrzeć z Koh Samui na Koh Tao”

    1. PADI Open Water to 9000 bahtów, kurs czterodniowy. W cenę wliczone jest zakwaterowanie w pokoju blisko szkółki. Pozdrawiamy stalkera ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *