Co nas wkurza na Filipinach – zakazy, nakazy, mandaty i nasz pierwszy wyrok na Filipinach – prace społeczne w Cebu City

Z naszego punktu widzenia Filipiny są krajem, w którym nie angażując się w spory polityczne, nie przeszkadzając w robieniu interesów i nie wchodząc komuś w drogę nadeptując na odcisk zasadniczo żyje się bezpiecznie, bezstresowo i w poczuciu wolności. Dodatkowo obcokrajowca, który tu nie pracuje, nie prowadzi działalności gospodarczej, nie posiada majątku, nieruchomości itp. sprawy urzędowe, poza koniecznością przedłużania wizy, praktycznie nie dotyczą.

 

To duży plus, bo musicie wiedzieć, że osoby mające kontakt z tutejszą biurokracją mają o niej raczej niepochlebną opinię. Pozostaje nam wierzyć na słowo i cieszyć się, że nie musimy się z tym szarpać. Aczkolwiek zwróciliśmy ostatnimi czasy uwagę na kilka okoliczności, które mogą wskazywać na niepokojącą tendencję, że Filipiny jako stan umysłu zaczynają się powoli gdzieniegdzie kończyć.

 

Przykład 1. Na wyspie Siquijor, zdaje się, że póki co jedynie w zasięgu jurysdykcji magistratu stołecznego wprowadzono zakaz palenia papierosów w miejscach publicznych. Przy czym nie chodzi tylko o targowiska, wiaty tricyklowych przystanków, obiekty sportowe i tym podobne miejsca użyteczności publicznej, w których ludzie gromadzą się masowo. Zakaz obejmuje przestrzeń publiczną w ogóle – ulice, place, parki, zapewne plaże również. Przy hulającym w nadmorskiej miejscowości wietrze nie ma to żadnego sensu. Sami nie palimy, więc za chwilę o tym, dlaczego nas to martwi.

 

Przykład 2. Do Cebu wracaliśmy promem z miasteczka Siquijor, bo ten z Lareny niespodziewanie wypadł z rozkładu, a kolejny planowany był dwa dni później, co mogło nam pokrzyżować plany. Nota bene tego alternatywnego połączenia nie polecam – łajba jest znacznie mniejsza, duszna i zainfekowana skrzydlatymi karaluchami wielkości kciuka. Dodatkowo na pokładzie obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, włączając piwo. Czujecie? Zakaz picia na Filipinach, w kraju, gdzie mam wrażenie w naród celowo pompowany jest tani etanol, nie tylko w celu ułatwienia dostępu do tej niewyszukanej formy relaksu, ale przede wszystkim stępienia ambicji i studzenia nastrojów wywrotowych. To w ogóle jest temat na odrębną, raczej smutną opowieść. Zakaz w każdym razie mocno nas zdziwił. Tamto połączenie przypadło na noc, więc pół biedy, ale dzienne rejsy przy pięknej pogodzie aż proszą się o zimnego browarka w doborowym towarzystwie. Szkoda.

 

Przykład 3. Niestety zauważyłem też, że policja coraz częściej zwraca uwagę na motocyklistów bez kasków. Zdaję sobie sprawę, że w Polsce mało komu jazda bez nich przychodzi do głowy, ale tutaj jest to codziennością. Na szczęście upierdliwość miejscowej drogówki ogranicza się do obszarów dużych miast, a tych nie bierzemy pod uwagę w kontekscie wyboru miejsca zamieszkania, bo niewiele mają do zaoferowania. Ale pojechać czasami trzeba. I tu pojawia się kwestia najważniejsza, budząca fundamentalny sprzeciw. Przykład 4 najgorszy – zakaz przekraczania jezdni w miejscach niewyznaczonych lub na czerwonym świetle i konsekwencje jego lekceważenia.

 

Zasadniczo w Azji pieszy w ruchu drogowym nie jest brany pod uwagę i w jego interesie jest wyrobienie w sobie nawyku uruchamiania oczu dookoła głowy. To oczywiste, nawet przy zielonym świetle. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zostaliśmy ostatnio zawinięci przez cebuańskiego strażnika zajmującego się ruchem drogowym i potraktowani dość obcesowo. Początkowo myślałem, że to przebieraniec liczący na łapówkę, ale miał niby jakiś mundur, okazał legitymację służbową i bloczek z mandatami.

 

No więc 50 peso za osobowykroczenie, bo jaywalking is not allowed in Cebu City, Sir. And Madam. Pięć dych to jest mniej więcej kwota, jaką trzeba tu wydać na ćwiartkę pieczonego kurczaka albo małe piwo w barze, zasadniczo bez tragedii, więc o sporządzenie wniosku do sądu grodzkiego nikt nie prosi. No ale mandat można zamienić na cztery godziny prac społecznych połączonych z kursem doszkalającym w zakresie przepisów ruchu drogowego.

 

Pomyślałem, że może to być ciekawe przeżycie i mimo niechęci Moni i ku zdziwieniu funkcjonariusza kazałem prowadzić nas na komisariat. Po drodze namawiani byliśmy jednak na przyjęcie tego mandatu po dobroci, ale nie było opcji, bardzo mnie ciekawiło jak się ta sprawa rozwinie.

 

Funkcję mobilnego posterunku pełnił zdezelowany autokar, w którym w potwornym upale tłoczyło się służbowo z dziesięć spoconych osób. Przełożony tego naszego łapiducha na widok całej trójki zrobił minę, z której bez trudu można było wyczytać pytanie skierowane do podwładnego: po coś ty ich tu chłopie przyprowadził i co ja mam z nimi zrobić? No my na kurs i prace społeczne, bo kasę i dokumenty zostawiliśmy hotelu, gdyż Cebu to jest, proszę pana, miasto niebezpieczne. Hotel jest daleko, ale mogę wrócić jutro z kaboną (to akurat też był blef).

 

Ale następnego dnia była sobota, oni mieli wolne, a my wsiadaliśmy na prom do Lareny. Cóż było robić, kurs prawidłowego przekraczania jezdni potrwał z pieć minut. Green man – go, red man – STOP, do you understand? Uśmiech cisnął się na usta, ale wiadomo, że nie można umniejszać powadze urzędu. Chłopaki wykazały się zresztą wyrozumiałością – w zamian za przedterminowe zwolnienie do domu obiecaliśmy uważnie przestudiować otrzymane materiały pomocnicze.

 

W kwestii prac społecznych już w sumie w ramach żartu szef zaproponował posprzątanie tego całego panującego w autobusie pierdolnika, ale na stwierdzenie, że przecież mają porządek i nie ma czego sprzątać z trudem powstrzymał oznaki rozbawienia i kazał się wynosić. Ogólnie ciekawe doświadczenie, szkoda, że nie mamy żadnych zdjęć, a na pamiątkę zostały nam tylko te pomoce naukowe i w sumie też nauczka, że obecnie przy przechodzeniu przez ulicę w Cebu nie wystarczy już wyglądać nadjeżdżających z każdego możliwego kierunku pojazdów, ale i czyhających na obywatela i obcokrajowca mundurowych. Najgorsze polskie wzorce.

 

Niby śmieszne, a jednak trochę szkoda. No bo dlaczego takie drobne, zabawne wręcz, nieistotne z pozoru restrykcje są niepokojące?  Dlatego, że odbieranie ludziom wolności odbywa się w dzisiejszym świecie metodą małych kroków, po kolei, powolutku. Wobec drastycznych ograniczeń wprowadzanych jednorazowo budzi się z reguły zdecydowany sprzeciw, a komu to potrzebne. Daleko nie trzeba szukać, wystarczy spojrzeć na to co stało się na przestrzeni ostatnich lat z krajami europejskimi, zwłaszcza zrzeszonymi. Zaistniały okoliczności, w których popularność różnorakiej proweniencji antysystemowców nie tylko wśród pryszczatej młodzieży dziwi coraz mniej, a nawet zaczyna budzić sympatię. Szkoda by było gdyby tutaj sprawy miały postępować w podobnym kierunku.

 

DSC_0046

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy, sam też stoję trochę z boku, wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć, już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

21 myśli nt. „Co nas wkurza na Filipinach – zakazy, nakazy, mandaty i nasz pierwszy wyrok na Filipinach – prace społeczne w Cebu City”

  1. „..,mimo niechęci Moni…”
    Oj chciałabym zobaczyć tę radość na buźce Moni i usłyszeć piękną, polsko brzmiącą wiązankę :)

  2. W Davao też jest zakaz palenia w miejscach publicznych i sporo innych zakazów. Trzeba jednak powiedzieć, że miasto jest czyste, jak na Filipiny, wygląda na ogarnięte, tylko przez to nieco nudne, haha. Mają tam ostrego burmistrza, który jest dość popularny i chyba będzie startował na prezydenta Filipin więc tendencja, o której piszecie ma szanse jeszcze się pogłębić.

  3. Święte słowa, że „przerost formy nad treścią” postępuje małymi kroczkami, nie martwił bym się jednak zanadto, to Filipom jeszcze baaaaardzo daleko do europejskich nonsensów. Najbardziej mnie wkurza w PL, jak urzędas egzekwuje prawo i oficjalnie przyznaje rację, że to co egzekwuje jest nonsensowne, ale prawo to prawo…. parę razy już się z tym spotkałem. Nikt nie myśli zdrowo-rozsądkowo, logika jako taka wymiera…

    1. Do europejskiego zamordyzmu z pewnoścą daleko, ale gdyby dotyczyły cię sprawy urzędowe to absurdów prawnych byś się doszukał. Ogólnie wiadomo, jest luz, zwłaszcza na wsi. Pozdro.

  4. miałam to samo w Cebu, wykręciłam się od mandatu na ładny uśmiech. Ale dzień przed powrotem do Polski dostałam mandat za wyrzucenie peta (wiem, nieładnie, ale na Filipinach nie zaznasz śmietnika), zatrzymała mnie służba prowadząca nowy rządowy program dotyczący ochrony środowiska. Wszystko ładnie, szkoda tylko, że nie zaczną od sprzątanie ulic i postawienia śmietników, żeby ludzie faktycznie mieli gdzie te śmieci wyrzucać. Ale nic, i tak tęsknie ;)

  5. Przyjedz do nas będziesz jak święta krowa w Indiach. Tutaj nawet nie trzeba patrzeć. Idziesz i juz jesteś po drugiej stronie. Pieszy jest zawsze święty! !!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *