Bantayan, Filipiny – tradycyjny pieczony prosiak lechon baboy cebuano i dyskoteka z okazji fiesty w Tingtingon w Marikabanie

[To jest druga część wynurzeń z autobusu z Mandaue do Hagnai, bo jechał i jechał, więc Monia podzieliła na dwa wpisy, trochę się rozpisałem, a chciałem właściwie wspomnieć o dwóch mocnych akcjach z ostatnich paru dni.] Otóż ja kiedyś byłem świadkiem świniobicia, ale chyba nic nie pamiętam poza tą wisząca za nogę świnia, a może w ogóle mi się wydaje.

Monia z tego co wiem, też w takim czymś nie brała udziału. A tu miejscowi ze wsi ubili, wyprawili, zajebiście przyprawili nam całkiem sporego świniaka i razem upiekliśmy go na rożnie na podwórku, no po prostu nie mogliśmy uwierzyć. Wszystko na naszych oczach, jedynie wyciągania wnętrzności nie oglądaliśmy, bo ostrzegano, że może zepsuć apetyt. Aż tak bardzo nas to nie interesowało, żeby ryzykować. 

W każdym razie ten świniak, no bajka, wlali do niego jakąś marynatę z warzywami, cebulą, czosnkiem, porem i jakimiś innymi lokalnymi przyprawami i ziołami. Co ciekawe zanim panowie zaszyli brzuch prosiaka z tą marynatą w środku nalali jeszcze do środka że dwie butle Sprite’a i polewali go i marynatą i spritem jak się tak na tym pędzonym ręczną korbką rożnie obracał.

Zamieszanie trwało cały dzień, tak od południa po późne godziny wieczorne, zeszłą się całą rodzina z wioski, znajomi, dzieciaki, nawet przez moment zastanawiałem się, czy dla wszystkich wystarczy, ale jemy świniaka do dzisiaj (poniedziałek), a pieczony był w sobotę. Chrupiąca skóra z takiego zwierzaka to jest po prostu cymes, te przyprawy i marynatą wcierana pedzelkeim zrobionym z trawy cytrynowej, dodatkowo chyba ten słodki sprite ja jakoś dodatkowo karmelizuje, jakby to ładnie ściąć i podać to normalnie ma to potencjał na michelin star dish, zupełnie nie przesadzam (chociaż w sumie nie bardzo mogę takie opinie wygłaszać, bo w gwiazdkowanej restauracji jeszcze nie byliśmy).

No więc tą świnia to był wypas, poporcjowana na liściach banana na stole w kuchni, uczta dla wszystkich. Potem z tego, czego nie zjedliśmy prosto z różna DenDen ugotowała wielki kociołek lokalnego takiego gulaszu (stew), też z ziołami, imbirem itp., też jemy do dzisiaj. Przez te świnie w ogóle ostatnio nie jem ryb, chociaż ryby są w chacie codziennie, w Maricabanie jest mały ryneczek, gdzie świeże ryby są codziennie i też albo je grillujemy, albo robimy na parze. Kilo za 8zl, więc dobra cena, dwa razy dziennie świeży towar, chyba, że jest wysoka falą. Ryzykowna robota, raz za naszej tu bytności rybak nie wrócił, wysłali misje ratunkowa, bo pomyśleli, że przez te fale skończyło mu się paliwo, ale wszystko dobrze się skończyło, chłop żyje.

Nie żyje za to jedenastu innych śmiałków, którzy płynęli łodzią rybacka z Cebu, bo że względu na warunki pogodowe (wysoka falą) nie kursowały promy. Niestety łódź nie dala rady no i złe to się dla tamtej załogi skończyło, ale podobno to nic nadzwyczajnego, że rybacy wożą pasażerów gdy że względu na niepogodę zawieszony jest prom. Tą jedenastka to parę dni przed naszym przyjazdem. A już po przyjeździe we wsi rozbiła się na palmie dwójka imprezowiczów wracająca po pijaku skuterem z jakiejś imprezy. Tyle wiem od sąsiadów, skuter stoi do dzisiaj pod posterunkiem policji w Santa Fe, chyba robi za straszak i wyzwalacz nowych porcji zdrowego rozsądku.

Wracając do akcji, druga była taką, że do wsi przyjechała taką objazdowa dyskoteka, na której wcześniej byliśmy w Santa Fe i poszliśmy całą ekipą po wszamaniu tego świniaka. Odbywało się to na wiejskim boisku do koszykówki, bo tutaj każdy ma na punkcie koszykówki fiola, zaszczepili im te miłość oczywiście Amerykanie w ramach krzewienia kultury fizycznej podczas swojej tutaj bytności. Boisko do koszykówki jest w każdej wsi, a do tego na wielu palmach są domowej roboty tablicę, obręcze, coś jak w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczynali pokazywać w polskiej telewizji ligę amerykańska, pamiętam jak dziś, hej, hej, tu NBA, Szaranowicz chyba, sam miałem dwa kosze domowej roboty na podwórku za domem.

We wsi od paru dni rozgrywany był turniej koszykówki, aż sam się dziwiłem, bo chłopaki łupali non stóp, a aż tyłu ich we wiosce nie ma. Podobno zjeżdżają się z całej wyspy. I to boisko robiło potem wieczorem za dancefloor z tym, że tańce wyglądały tak, jak pisałem wcześniej, czyli po wybrzmieniu piosenki wszyscy schodzili z pola walki tutaj jeszcze dodatkowo wychodząc z terenu zabawy i stajać za płotem z rękami tak przewieszonymi jak miał Kaźmirz Pawlak jak wolał Kargula do plota.

Wstawili nam na to boisko stół i krzesła i całą ekipą, razem z rodzina że wsi zasiedliśmy przy tym stole, normalnie loża VIP, ci nastoletni miejscowi wokół ogrodzenia, obcinka, komentarze, dodatkowo jak tańczyliśmy z ekipą (było nas z sześcioro Polaków chyba), a już pisałem, że naród tu niezbyt wyrośnięty, więc tak całą reszta nam sięgała może do piersi maksymalnie, takie to było trochę abstrakcyjne, jakbyśmy tam z innego świata przyjechali, co po części jest w sumie prawda.

Impreza była zajebista i dawno się tak nie wytańczyłem do tak gównianej muzy, w sensie co kto lubi, ale to nie była nasza bajka. Wtedy nie było to jednak istotne. Wjeżdżając w szóstkę na taką dyskotekę w nieznajomej wsi w Polsce można pewnie w najlepszym przypadku zaliczyć sztachetami po nerach, ogólnie nawet myślałem, czy tą nasza vip loża, aneksja dancefloora i ogólnie zachowywanie się jak u siebie (ale przypominam, że wśród nas była grupa Filipińczyków z klanu mieszkającego w tej samej wsi, ich fyrtel zaczynał się właściwie 50 metrów dalej po drugiej stronie ulicy) no więc zastanawiałem się, czy nie odbiorą naszego zachowania za prowokacyjne, ale chyba nie odebrali, bo problemów nie było.

Ciąg dalszy nastąpi, bo zostajemy z wielką radością. Za chwilą przesiadka na prom z porty Hagnaya do Santa Fe. Obawiałem się trochę tej wyprawy, bo po pierwsze pobudka kwadrans przed czwartą rano, a o tej godzinie to my często jeszcze nie idziemy nawet spać, a po drugie plan był napięty. Ale wygląda na to, że nie trzeba się było martwić na zapas. Nigdy nie warto. Pozdro.

czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy,
sam też stoję trochę z boku,
wiem, że dobrze jest być i dobrze jest mieć,
już nie mieszkam w bardzo długim bloku. za grabażem.

6 myśli nt. „Bantayan, Filipiny – tradycyjny pieczony prosiak lechon baboy cebuano i dyskoteka z okazji fiesty w Tingtingon w Marikabanie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *