Santa Fe, Bantayan, Filipiny – Muay Thai i Santa Fe Street Festival

W nieodległej miejscowości Santa Fe odbywa się właśnie coś na kształt ulicznego festiwalu, naprawdę zresztą nie wiem, czy jest kiedykolwiek czas na wyspie, w którym niewiele się dzieje. Ja bym sobie nawet posiedział z Monią z tydzień, czy dwa i nic nie robił i nic nie pisał, ale na serio, podczas naszej pierwszej bytności nie było na to okazji, szkoda odpuszczać fajne wydarzenia, bo wydają się niepowtarzalna okazja zobaczenia czegoś, czego z Europie że świecą szukać.

Zanim wrócę do festiwalu, wspomnę jeszcze, że w wielu miejscowościach odbywają się obecnie próby takich maszerujących orkiestr (ang. marching band), ja to osobiście wręcz uwielbiam, robi to na mnie zawsze ogromne wrażenie, a granie w takiej orkiestrze jest jednym z moich największych, na razie nie zrealizowanych marzeń. Niestety nie jestem zbyt muzykalny. No więc przemierzamy z Monia wyspę i z zaciekawieniem obserwujemy te muzykujące dzieciaki, nieco je przy tym rozpraszając, bo nasze wizyty i zainteresowanie są zwykle dla nich dość zaskakujące.

Wala tak wala w te bębny i dmuchają w rury umorusane, w przybrudzonych cywilnych ciuchach i przydeptanych klapkach, ale jestem przekonany, że na zasadniczy występ wbija się w odświętne śnieżnobiałe stroje, coś na wzór mundurów, że złotymi frędzlami i pomponami na kijach. Taką estetyka by mi tutaj pasowała. A jak się okaże, że odbędzie się jakiś ogólnowyspowy konkurs to już w ogóle będzie zajebiście. (tutaj od razu mała aktualizacja, niestety spóźniliśmy się na główną część muzykowania (spodziewaliśmy się jej po południu), zdjęcia z parady udostępniła Izabela z Chin, dziękujemy)

Wracając do festiwalu w Santa Fe, to Hubert (ten artysta-rzeźbiarz ze wsi, któremu powoli dajemy do zrozumienia, że coś tu niedługo powstanie pod naszym mecenatem) dał nam sygnał, że w jego ramach odbędą się w miasteczku wielkie zawody w Muay Tai (tajski boks), więc się wybraliśmy. Jak w przypadku wielu publicznych zgromadzeń i to rozpoczęło uroczyste odśpiewanie hymnu narodowego i wspólne odmówienie modlitwy. Wzruszające jest oglądać ten biedny naród, kobiety, mężczyźni, dzieci, z przejęciem intonujący narodowa pieśń z dłońmi ułożonymi na sercu. Sport wyzwala tu w ludziach ogromne emocje, zajebiście byłoby tu być podczas walki bokserskiej bohatera narodowego Manny’ego Pacquiao.

Na podobnych zawodach byliśmy wcześniej dwukrotnie w Tajlandii, mniej więcej zdawaliśmy sobie sprawę czego się spodziewać, ale wiedzieliśmy jednocześnie, że Filipińczycy z pewnością coś zrobią inaczej. Te tajskie zawody mają jednak w sobie sporo przedstawienia, początkowy rytuał jest tańcem, choreografia, mogę się mylić, ale człowiek ma również wrażenie, że w samych walkach jest sporo ćwiczonych pod publikę elementów, Chodzi mi oczywiście pokazy w miejscowościach turystycznych (byliśmy w Chiang Mai i później jeszcze raz na Koh Samui), w żadnym wypadku nie podważam sportu jako takiego, który uważam za arcyfajny, a jego mistrzów za herosów.

Wracając do Filipin, to nie ma lipy, pitolenia, ani opierdalania się. Zawodnicy wychodzą co prawda w kaskach (takich, jakich używa się w amatorskim boksie) oraz ochraniaczach na tułów, same walki są może mniej skomplikowane technicznie niż te widowiskowe kombinacje w Tajlandii, ale od pierwszego gongu widać, że jest to żywiec, prawdziwa sportowa walka i rywalizacja, prawdziwa sportowa złość, prawdziwe ciosy, łokcie, kolana na gębę, czasami spore różnice w warunkach fizycznych zawodników, co w prostej linii przekładało się na widoczne urazy tego mniejszego, hardcore, Burneika byłby dumny.

Zamiast atrakcyjnych kobiet, te takie plakaty z numerem rundy każdorazowo nosili niezbyt atrakcyjni ladyboye (homoseksualiści upozorowani na kobiety) ku ogólniej uciesze gawiedzi, wśród gwizdów i radosnych okrzyków. Całkiem to było dowcipne, szkoda, że uroda tych panów/pan pozostawiała sporo do życzenia. Dochodziło też do zabawnych sytuacji obrazujących tutejsza taką prowizorkę w organizacji. Na przykład gdy przed druga runda jednego z pojedynków zapomniano o pokazaniu numeru rundy, trenerzy obu zawodników próbowali przerwać pojedynek, by umożliwić gwieździe dopełnienie tego zaszczytnego obowiązku, zawodnicy byli jednak już na tyle zaangażowani w walkę, że z pomysłu zrezygnowano, ku ubolewaniu ladyboya. Innym razem pokazano plakat z numerem 4 ku konsternacji bokserów, tylko po to by konferansjer mógł przepędzić ogłaszacza informując, że w tej walce rundy są jedynie trzy.

Wstęp na imprezę, która swoim patronatem objął lokalny burmistrz i jeden z sędziów zawodów zarazem, był darmowy. Dodatkowo miejscowi rozsiedli się na ławkach zbudowanych na kształt amfiteatru (hala mieści na codzień boisko do koszykówki), a ustawione przy samym ringu krzesła pozostawili wolne, z czego nie omieszkaliśmy skorzystać. W Tajlandii taką impreza to spory wydatek, bilety po 50-500 zł zależności od miejscówki, a tu niespodziewanie ringside seats za free. Jest to o tyle dziwne, że kabonę kasuje się tutaj przy każdej możliwej okazji. Żeby wsiąść do autobusu, to poza biletem nań należy uiścić dodatkową opłatę za wstęp do hali dworca. Podobnie jest na lotniskach, a w porcie w Santa Fe punkty poboru myta na takim molo prowadzącym do miejsca cumowania promu, są dwa. Są to naturalnie pomijalne kwoty (5-10 peso, jakieś 40-80 groszy), ale chodzi o zasadę.

Dziś wieczorem wielką, kończąca uliczny festiwal w Santa Fe dyskoteka, a na równoległej ulicy niezwiązane z festiwalem filipińskie walki kogutów. Jeszcze w sumie nie wiem, czy się wybierzemy, bo za chwilę śmigamy po zakupy związane z pierwszymi etapami budowy, a potem do Bantayanu na targ po rybkę. Jak wrócimy wieczorem, to może nam się zwyczajnie nie chcieć już ruszać. Zasadniczo spać chodzimy raczej wcześnie, około północy i dotychczas (wstyd się przyznać) nie łyknęliśmy nawet kropelki Emperadora. Wstępnie w tym zakresie obiecujemy poprawę.

                       

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *